wtorek, 10 marca 2015

Rozdział XIII, XIV, XV

****Luke POV****
Stałem pod domem Irwina i myślałem nad tym co powiedział Michael. Może i miał rację? Może Louise faktycznie mnie ogranicz? Nie... Ona nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła. Kocha mnie.
Z determinacją wcisnąłem lekko wystający ze ściany guzik. Przez moją twarz przebiegł grymas.
No błagam,
Kto jako DZWONEK ma ustawione jingle bells? W środku października?
- Hej - drzwi nagle otwarły się przede mną. Za progiem stała dziewczyna o oryginalnym kolorze włosów. Jestem pewny, że Michael nigdy takiego nie miał, nie ma i nie będzie miał. Patrzyłem na nią niepewnie przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Wpatrywała się we mnie co było dość krępujące.
- Może wejdziesz? - zaproponowała uchylając nieco szerzej skrzydło drzwi. Skinąłem tylko głową i przekroczyłem próg. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem przy dziewczynie. Sprawiała, że czułem się skrępowany, niepewny co powinienem zrobić. Zdjąłem buty i skierowałem się do salonu.
- Wreszcie jesteś! - krzyknął Michael, kiedy zauważył mnie w progu. Uśmiechnąłem się do niego. W oczy rzuciły mi się włosy chłopaka. Były IDENTYCZNE jak u tej dziewczyny co wpuściła mnie do domu. Ładna...
A swoją drogą ciekawe kto to jest. Dziewczyna Asha, czy Michaela?
- Wy się znacie. - na słowa Ashtona dziewczyna skinęła twierdząco.
Chyba naprawdę dużo przegapiłem...


- To co oglądamy? - spojrzałem na czarnoniedokońcawłosą dziewczynę stojącą na środku. W jej ręce, o krótko obciętych, niepomalowanych paznokciach, całkowicie różnych od Louise, znajdowały się dwa kanciaste pudełka.
- A co masz? - spytał Ashton kładąc się na podłodze przed dziewczyną. Nie mogłem oderwać od niej wzroku.
Luke masz dziewczynę!
No racja, ale nic nie poradzę na to, że ona jest taka... Taka.... Taka....? Piękna? Tak. Właśnie tak.
Louise by się to nie podobało.
Cicho siedź.
-A ty co myślisz, Luke? - usłyszałem ten anielski głos skierowany do mnie.
- Ja... Ymmm... Myślę, że yyy... - zacząłem się jąkać - Eee... No.... Ten teges.. Yyy...
Kątem oka zauważyłem jak chłopacy zwijają się ze śmiechu. Zacisnąłem dłonie w pięści.
- Myślę, że to nieistotne, suko - warknąłem.
Czekaj!! Co?!?! Nie! Błagam powiedzcie że ja tego nie powiedziałem!!!!!
Mina dziewczyny upewniła mnie w tym, że jednak wymówiłem to krzywdzące dziewczyny słowo.
Nie...
W jej oczach widziałem błysk wściekłości.
- Co ty powiedziałeś?! - podniosłem wzrok, po to, aby zauważyć stojącego nade mną Caluma.
- Suko - powtórzyłem.
Nie!!! Nie!!!! To nie tak miało być! Ja nie chciałem tego powiedzieć!
Ale powiedziałeś.
Zamknij się.
To wszystko przez Louise!
Nieprawda!
Dalsze rozmyślania przerwał mi krótki, mocny oraz celny cios wprowadzony w moją szczękę. Moja głowa odskoczyła do tyłu ciągnąc za sobą resztę mojego ciała. Poczułem lodowatą powierzchnię dotykającą moich pleców i jęknąłem. Mój brzuch ugiął się pod czyimś ciężarem. Uchyliłem powieki i dostrzegłem Caluma siedzącego na mnie.
Drugi cios.
Trzeci.
Ostatni...
****Liz POV****
Widziałam jak Calum okłada Luke'a pięściami. Patrzyłam na to spokojnym wzrokiem. Nie on pierwszy nie ostatni. Życie jest za krótkie, żeby przejmować się byle gównem.
- Wszystko okej? - męskie ramię oplotło moją talię.
Uśmiechnęłam się do Michaela.
- Tak, lepiej idź ich rozdziel zanim się pozabijają - skinęłam głową w kierunku chłopaków.
- Uważam że mu się należy. Nikt nie ma prawa cię obrażać - zauważyłam dłoń Michaela zaciśniętą w pięść z siłą, od której pobielały knykcie chłopaka.
- Michael - popatrzyłam mu w oczy kładąc dłonie na policzkach chłopaka. Jego tęczówki były ciemne, nienaturalne.
- Wszystko. Jest. Okej. - wiedziałam jak postępować w takiej sytuacji. Miałam już kilkakrotnie do czynienia z napadami agresjii u płci przeciwnej.
Pomału mówiłam do chłopaka, obserwując, jak jego tęczówki powracają do cudnego, zielonego koloru.
- Przepraszam - wymamrotał chłopak spuszczając wzrok. Podniosłam jego brodę do góry, zmuszając go, aby spojrzał mi w oczy. Kiedy jego tęczówki napotkały moje, uśmiechnęłam się delikatnie, dając mu znać, że wszystko jest w porządku. Po chwili chłopak odwzajemnił gest.
- Dziękuję - wtuliłam się w niego. Staliśmy tak z trzy minuty, po których niechętnie oderwałam się od umięśnionego (btw, widział ktoś kiedyś Michaela bez koszulki? ) ciała chłopaka.
- Musimy ich rozdzielić - ruszyliśmy w stronę bijących się. Michael delikatnie zgiął swoje plecy nachylając się nad Calumem.
Jednym mocnym szarpnięciem zmusił bruneta do zaprzestania okładania się pięściami. Luke osunął się po ścianie próbując złapać oddech. Wyglądał fatalnie. Z rozwalonego łuku brwiowego spływała gęsta, czerwona ciecz. Prawe oko było mocno opuchnięte, a nos obity.
- Chodź, trzeba ci to opatrzyć - blondyn wstał z moją pomocą i skierowaliśmy się do kuchni.
- Dlaczego to robisz? - spytał siadając na krześle.
- Rozchyl nogi - poleciłam mu, stając pomiędzy jego kolanami z wacikiem w ręce.
- Czemu.. Aghh - syknął kiedy dotknęłam rany - Czemu to robisz?
Zastanowiłam się.
- Może dlatego, że nie jestem suką? - zasugerowałam, wzbudzając tym samym rumieńce wstydu na policzkach Hemmingsa.
- Przepraszam ... Poniosło mnie - wydusił.
- Po prostu tak jakby... - brutalnie mu przerwano.
- Bliźniaku!
- Co smerfie?
- Ty wiesz co - popatrzył na mnie znaczącym spojrzeniem.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.
- Hyyy!!! - głęboki oddech i jedziemy.
- Czas na zmianę koloru!!!!! - wydarliśmy się tak, że jestem pewna że sąsiedzi doskonale nas słyszeli.
- O nie! - jęknął Calum wchodząc do kuchni. Miał rozciętą dolną wargę, od której biegł ślad po zakrzepniętej krwi.
- Chodź tu - przyciągnęłam go do siebie i najdelikatniej jak umiałam wyczyściłam miejsce urazu.
- Dzięki - chłopak uśmiechnął się, co spowodowało ponowny napływ cieczy na jego twarz. Skrzywił się.
- Przyłóż - podałam mu lekko nawilżoną chusteczkę higieniczną.
- To co, idziemy? - spytał Michael z minką Clifforda*.
Omiotłam wzrokiem kuchnię.
- Myślę, że tak. Mam nadzieję że się nie pozabijacie. Ash! Pilnuj domu - nakazałam.
Razem ze smerfem wyszliśmy na ulicę.
Dwie przecznice dalej dotarł do mnie sens moich słów.
Ashton pilnuj domu...


**** Michael's POV ****
Tak! Jedziemy na mojej maszynie do Matrixa. Najlepszy w mieście salon fryzjerski pam para ram!
Wziąłem ostatni zakręt i zatrzymałem się na parkingu przed miejscem docelowym.
- Ej a na jaki? - spytała Liz.
- Hmm - przyłożyłem palec do brody w geście zamyślenia.
- Na... Ymmm... Ja jestem za niebieskim - wypaliła dziewczyna.
- No okej - w sumie mi to nie robi różnicy. Nie ma chyba koloru poza żółtym, którego bym nie próbował.
- Dzień dobry. My na niebiesko - wypaliliśmy równocześnie.
Fryzjerki zaśmiały się. Chyba mam dejá vu ( nie wiem czy tak ).
- Siadaj - miła starsza pani podsunęła mi krzesło.
- She looks so perfect - śpiewało radio. Uśmiechnąłem się do siebie. Idzie nam naprawdę nieźle, mamy szansę coś osiągnąć.
- Ej, smerfie to twoja piosenka - usłyszałem głos Liz.
- No wiem - zaśmiałem się zadowolony. Teraz lokalne radio, później sława fani itd.
- Dziękujemy - zapłaciliśmy i skierowaliśmy się z powrotem do domu.
- Cześć! - krzyknęła dziewczyna otwierając drzwi mieszkania.
To co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
****




****Liz PoV****
Niepewnie nacisnęłam klamkę. Z odległości kilometra było słychać głośną muzykę.
- Luke! - zobaczyłam blondyna idącego z małym pingwinkiem na rękach. Nieco dalej stał Ash... Czekaj co?! Luke! Skąd ty do jasnej ciasnej wytrzasnąłeś pingwina?
- Luke! - kiedy Hemmo nas zobaczył, złapał kwiczącego pingwina w pół i rzucił nim do Ashtona, który schował go w piwnicy. Moglibyśmy udawać, że nic się nie stało, gdyby w tym momencie, z basenu nie wyszły cztery pingwiny.
- Cześć przystojniaku - koło Michaela pojawiła się jakaś laska w stroju kąpielowym.
Postanowiłam zająć się Hemmingsem.
- Błagam, Luke... Powiedz, że nie sprowadziłeś pingwinów z zoo. - jęknęłam. Przez ten czas zdąrzyłam poznać jego obsesję na punkcie tych istot.
- Co?... Ymmm... Nie - zaprzeczył.
Uniosłam brwi. Chłopak się złamał.
- Eh no dobra... To... To... To Ash! - blondyn oskarżycielsko wycelował palcem w perkusistę.
****Luke POV****
Zwaliłem (bez skojarzeńxd) na Ashtona. Nie mogłem znieść tego, jak pobłażliwie na mnie patrzyła. Przecież nie może mnie uznać za jakiegoś dzieciaka, który wielbi pingwiny...
W końcu jestem nastolatkiem wielbiącym pingwiny! Jest różnica! Jest. Dobra, Luke. Koniec rozmów ze sobą.
- Tsaa... Uwaga bo ci uwierzę - dziewczyna z rozbawieniem spojrzała mi w oczy. Czułem się jak mały chłopiec, opieprzany przez mamę.
- Eght. - wydałem z siebie dziwny dźwięk. Kątem oka zauważyłem mojego maluszka skaczącego do basenu.
- Umm... Zaczekaj chwilę - rzuciłem w kierunku dziewczyny i popędziłem do basenu. Impreza trwała w najlepsze. Pingwiny, gorące laski w bikini, Ash, pingwiny, alkohol i pingwiny. Łosz kurwa! Jestem na najlepszej imprezie na ziemi!!!! Czy mogę umrzeć?
- No hej kotku - obok mnie usiadła Louise ocierając się o mnie biodrami. Spojrzałem w kierunku Liz, aby dać jej znać, że pogadamy później, ale nie musiałem. Nigdy. W. Życiu. Nie. Doznałem. Czegoś. Takiego.
Dziewczyna patrzyła na mnie wzrokiem, w którym mieszały się
Pogarda
Złość
Żal
Oraz chęć zamordowania mojej osoby.
- Stało się coś? - popatrzyłem na osobę siedzącą obok mnie.
- Ależ skąd misiu - cmoknąłem ją w nos na co zachichotała.
---next day---
O nie. Będę musiał pożegnać się z pingwinkami. Nooooooooooooooo!!!!!!! Czemu mi tak łeb napierdala?!
Zeszłem na dół po tabletki.
Kiedy stanąłem w kuchni, wszyscy zmierzyli mnie wkurwionym spojrzeniem.
Chyba mam przejebane...

- Chodzi o zamek? Tak? Bo to był pomysł Ashtona! - wskazałem na loczka.
- Jaki zamek? - popatrzyli na mnie zdezorietowani.
Kurde, czyli nie o to chodziło. Wkooopałeeem się...
- Nieważne. Zapomnijcie o tym - popatrzyłem na nich.
- Musimy pogadać - odchrząknął Calum.
- Skąd ty kurwa jebana mać wziąłeś pingwiny? - spytał Michael. Liz jako jedyna milczała. To nie wróży nic dobrego...
- No ymmm..  Egh.... Przyleciały! - wpadłem na genialny pomysł. Przecież skoro pingwiny przyleciały, to nie ma w tym mojej winy, ha! Brawo geniuszu! Oskara!
- Cioto ruska, pingwiny nie latają - wszyscy przy stole zaczęli się śmiać, poza Liz.
W myślach przybiłem sobie piątkę.
W czoło.
Patelnią.
Lalalalalalalalalalalala!!!!
- Luke, słuchasz nas? - Calum pomachał mi ręką przed twarzą.
- Tak - powróciłem do świata żywych.
Musiałem pozostawić moje smerfy, chlip, chlip.
- Mówiłem, że Louise dzwoniła, że przyjdzie do ciebie - rzucił Ashton.
- To ja już pójdę - Liz podniosła się.
- Ale czemu? - spytał Michael.
- Będziecie mieć gości, nie będę wam przeszkadzać.
- Ty nam nie... - farbowany umilkł pod spojrzeniem dziewczyny 'nie protestuj bo zajebię'.
- Odprowadzę - zaoferowałem.
- Nie dziękuję, przejdę się sama - rzuciła mi speszone spojrzenie i opuściła mieszkanie.
O co, kurwajebanamać chodzi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz