Pozory myla 5SOS FF by CrazyInLove5sos
wtorek, 10 marca 2015
Rozdział XXIII, XXIV
Michael POV
Liz zdenerwowana odłożyła telefon na stolik.
- Chcemy znać prawdę - powiedział Ash.
- Nie sądzę żeby to był dobry pomysł - dziewczyna przecząco pokręciła głową.
- Ja się nie pytam co ty sądzisz. My chcemy znać prawdę. - prychnął Ash, po czyn dodał delikatniej - jesteśmy przyjaciółmi. Nie chce żebyśmy mieli przed sobą jakieś tajemnice - widziałem że mu zależy. Zresztą mi też.
- No dobra - dziewczyna złamała się pod naszymi spojrzeniami. Szybkim ruchem założyła kosmyk włosów za ucho i westchnęła.
Usiedlismy na kanapie. Wiem że to dla niej trudne.
- No więc... - zaczęła niepewnie.
Ash POV
Kiedy Łzy skończyła opowiadać wmurowało mnie w podłogę. Nie mogę uwierzyć że Luke mógłby zrobić coś takiego... Ale... Louise owszem. Od samego początku nie pasował mi ich związek. Blondyn był zakochany, ślepy na wady.
- Przykro mi - spojrzałem w prawo. Michael był w lekkiej rozsypce. Po jego policzku spływały łzy. On zawsze wszystko przeżywał, szczególnie jeśli sytuacja dotyczyła bliskiej mu osoby.
- Jest ok. - dziewczyna lekko się uśmiechnęła. Liz to twarda osoba, bez skojarzeń!
- Oddałam się muzyce, i zapomniałam, do czasu - westchnęła.
No tak!
MUSIC IS OUR LIFE!
Jak mogłem o tym zapomnieć.
- Zaśpiewajmy coś - rzuciłem.
- No jasne ! - Michael pobiegł na górę po gitarę. Tak swoją drogą, strasznie się rządzi w nieswoim domu. Po chwili usłyszałem głośny tupot nóg, i zauważyłem niebieskiego smerfa spadającego że schodów. Brawo Clifford!
Klaszczcie ze mną!
Całe szczęście instrument cały! Ufff...
- To co? - spytała Liz biorąc gitarę od smerfika.
- Hmmmm... - zasugerowałem.
- Sądzę że Yyyy będzie lepsze - powiedziała Liz że śmiechem.
- Okej w takim razie ci nie powiem - wystawiłem język w jej stronę.
- Oj no Ash! - jęknęła. Oh kotku, jęki zachowaj na później... Łóżko, ona pode mną...
Stop Ashton!
Koniec.
- Zaśpiewajmy coś One Direction - zaproponował Michael.
- Steal my girl? - zasugerowała dziewczyna.
- Czemu nie - skoczyłem po cajon który był w garażu po ostatniej imprezie.
- Czekaj - powstrzymałem Mizzie przed rozpoczęciem gry. Ashton, ty swatko, mrrr... Ale niech spróbują być razem to im nogi powyrywam!
- Nagram to - wyjąłem telefon.
- Hi! We are two of four from 5 Seconds of summer. Today, we are going to record 'Steal my girl' cover with this beauty, Lizzie Evans - zacząłem.
- Everybody wanna steal my girl... - byliśmy w swoim żywiole.
Liz POV
Dlaczego mnie tak kark boli? Rozejrzałam się. No tak. Zrobiliśmy sobie noc filmową... Ash miał najlepiej. Śpi sobie na kanapie, a Michael leży na mnie. Zepchnęłam go z siebie, co poskutkowało głośnym hukiem. Chłopak wydał z siebie jęk, ale nadal spał. Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
Skierowałam się do kuchni. Lodowka pusta - wiedz że coś się dzieje.
- Idę do sklepu - wrzasnęłam na cały dom, po czym zaczęłam uciekać bo jestem pewna że zaczęliby mnie gonić.
Na polu było ciepło.
Ruszyłem w dol ulicy.
She can run down the street
Ej, byłaby z tego niezła piosenka!
Podrzucę to chłopakom.
- Bry - rzuciłam w kierunku zaspanej jeszcze ekspedientki.
Ogarnęłam półki w sklepie i po zapłaceniu zaczęłam wracać.
Moją uwagę przykuło ogłoszenie na słupie.
Marzysz o tym aby być gwiazdą ?!
Zapraszamy na casting!
XFactor
Zerwałam ogłoszenie. Nikt nie widział. Muszę pokazać to tym debilom. To dla nich wielka szansa.
- Cześć! - rzuciłam otwierając drzwi. Odparły mi ciche mruknięcia.
- Mam coś dla was - walnelam w stół plakatem. Spojrzeli.
- O nie! Nie! Nie! Nie! Nie! - Ashton przecząco pokręcił głową.
- Ja nie chcę - był uparty.
- Ale dla ciebie to genialna szansa! - krzyknął wyrzucając ręce w górę.
- Chyba żartujesz - popchnęłam go na kanapę.
- Posuwać to ja będę ciebie później - mruknął blondyn - Serio!
- Uważam że on ma rację - przyznał Michael.
- Może i to nie jest zły pomysł...
-H5! - chłopcy przybili sobie piątki.
Michael POV
Muszę porozmawiać z Luke'em.... Ale to nie teraz.
- A ja ci zagram - rzuciłem że śmiechem.
Dziewczyna zastanowiła się.
- To jest genialny pomysł!
Kurde wkooopałem się!
- Jej!!!
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Mam nadzieję że to jakaś zaginiona pizza, hu. Ku mojemu rozczarowaniu (*chlip chlip*) za progiem stał Luke.
- Czego? - warknąłem widząc go.
- Muszę porozmawiać z Liz. - twardo powiedział.
- Wejdzie - rodem ze starych filmów.
- Ummm... Liz! - krzyknąłem.
- Co? - spytała gwałtownie zatrzymując się na widok Hemmo.
- Chciałem pogadać - powiedział. Dziewczyna skinęła głową i ruszyła po schodach do jej pokoju.
Luke POV
Dlaczego ja najpierw działam potem myślę? Przecież Louise może mieć swoją wersję, prawda? Już kiedyś mnie okłamała.
- Nie jestem w tym dobry, ale przepraszam - odetchnęła głośno.
- Okej Luke. Chciałabym tylko wiedzieć dlacZego? - spojrzała mi z wyrzutem w oczy.
- Nie wiedziałem o co chodzi... Chciałbym poznać punkt widzenia z twojej strony.
*
- No i tak to było - zakończyła swoją opowieść.
Woah. Szczerze to mną lekko wstrząsnęło....
Czyli...
Ok. Już jest git.
- Hm. To jeszcze raz przepraszam,ale muszę już lecieć - wstałem.
- W porządku Luke - przytuliła mnie. Odwzajemnilem gest. Mógłbym ją tulic cały dzień. Uśmiechnąłem się lekko zbiegając po schodach.
- To pa! - pomachała mi. Przyłapałem się na tym że się uśmiecham. Chyba mi coś wali. Ona mi się podoba. Jest świetna. Więc dlaczego ją ranię? Myśle że to wina Louise. Będę musiał z nią porozmawiać. Tak być nie może.
W bojowym nastroju wróciłem do domu i położyłem się spać.
Dobranoc
Rozdział XX, XXI, XXII
3 kom = next
Michael's POV
Jeszcze jeden zakręt i jestem pod sklepem. Wolnym ruchem zdjąłem kask przeczesując włosy. Podniosłem delikatnie mój niezmiernie seksowny i kochany przez wszystkich tyłek, czując jak motor lekko się unosi. Amortyzatory, bejbe!
Otworzyłem drzwi do sklepu i skierowałem się w stronę ogromnej lodówki z lodami. Jej! Lodówka z lodami! Jej!
O Boże. Jestem nienormalny.
Jakoby ten kulturalny człowiek (chyba że pingwin) wyjąłem pierwsze lepsze lody. Popatrzyłem na opakowanie. Czekolada. Może być. Już miałem ruszyć dalej, kiedy zatrzymała mnie pewna myśl.
...
...
...
...
Co jeśli one miały rodziców?!
I zrobiło mi się żal tych biednych lodów - rodziców, którzy zostali sami.
Wiem!!!
Wyjąłem wszystkie opakowania lodów czekoladowych z lodówki i zadowolony ruszyłem do kas.
Czekaj!!
A co z...
Lodami czekoladowo - truskawkowymi?!
Przecież to mogą być ich kuzyni!!!
Wyszedłem ze sklepu i wziąłem wózek, z powrotem wracając do lodówki. Wyjąłem wszystkie lody jakie się tam znajdowały i zadowolony ruszyłem do kasy. Pomijając dziwne spojrzenia kasjerki ( no bo co jest dziwnego w chłopaku z 300-oma opakowaniami lodów?!), zapłaciłem. I teraz pojawił się problem.
Jak
Ja
Do
Cholery
Jasnej
Zawiozę
To
Do
Liz?!
Brawo Michael.
Nie wiem jak, nie pytajcie mnie o to ( ask: pozorymylaff xd), dotarłem do domu. Zadzwoniłem dzwonkiem.
Po chwili otwarła mi dziewczyna.
Kiedy zobaczyła mnie na progu otwarła szeroko oczy.
- Ja pierdole...
*****
Ash POV
Odebrałem od chłopaka lody ruszyłem do salonu w którym czekała na nas Liz.
- To co robimy? - spytał Michael wchodząc do miejsca naszego aktualnego pobytu.
- Jemy lody - wskazałem ręką na pudełka leżące na podłodze. Oczy dziewczyny mówiły za siebie.
- Ja pierdole...
- No co? - Michael wzruszył ramionami.
- Nie chciałem żeby czuły się samotne - wyszczerzył zęby. Strzeliłem głośnego palm face'a. Dzis...
- To co, jemy? - spytał farbowany wyciągając zza siebie łyżki.
- Tak - dziewczyna rzuciła się na chłopaka wyrywając mu sztućce z ręki.
- Włączymy jakiś film? - spytałem wyciągając się na kanapie.
- Trzy metry nad niebem? - zaproponowała Liz.
- Czemu nie - mieliśmy lody, czego więcej trzeba? Nie wiem.
Kiedy miałem włączyć płytę, do Lizzie zadzwonił telefon.
- Halo? - zamarła. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy.
- Luke, błagam, przestań! - krzyknęła że szlochem.
Objąłem ją od tyłu. Delikatnie przystawilem głowę do głośnika w jej telefonie.
- Jesteś nic nie wartą kurwą . Nigdy nie sądziłem że poznam sukę, która będzie aż taka pojebana że się puści na prawo i lewo. - pierdolony kutas.
- Luke... Błagam cię przestań! - dziewczyna osunęła się na podłogę cicho łkając. Zabije kutasa.
Pierdolony Hemmo.
-*-Luke POV-*-
Louise mi wszystko powiedziała. Nie rozumiem jak przez chwilę Liz mogła mi się podobać... Teraz czuję do siebie wstręt. Ta suka? Odebrała chłopaka mojemu aniołkowi! Teoretycznie powinienem się cieszyć, bo teraz ja nim jestem, ale jak myślę o tym, że Louise cierpiała, to mam ochotę ją zabić...
- Zobaczysz suko, odbije ci chłopaka i zniszczę twoje idealne życie - syknęła Liz stając przede mną. Od zawsze mnie nienawidziła. Zazdrośćiła mi chłopaka i kasy.
- Nie mów tak! - zdenerwowałam się. Tylko nie Ryan!
Liczyłam że to wszystko to kiepski żart, ale udało jej się. Wygrała...
Kiedy mi to opowiadała, płakała. Bolało. Dlatego zadzwoniłem do Liz. Może to nie było zbyt dorosłe, ale musiałem odreagować.
-*-Liz POV-*-
Boli. Bardzo. Kiedy osoba, która kiedyś wydawała się miła, rani. Tak, jak już pewnie wiecie, znam Louise nieco dłużej. Próbowałam o tym zapomnieć, ale od przeszłości nie można uciec.
To działo się w gimnazjum. Ona była lubiana za kasę i wpływowych rodziców. Tzw, populars. Każdy wie o co chodzi. Ja, dobra uczennica, miałam tylko grupkę przyjaciół, ale za to prawdziwych. I wtedy pojawił się on. Ryan Blackburn. Przystojny, wysoki brunet o niebieskich oczach.
Od razu go zauważyła. Jak to z nimi bywa, musiała go zdobyć. Byli że sobą 2 miesiące. Dlaczego zerwali? Na jednej z imprez tańczyłam z Ryanem. Dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, i jak to bywa, zaprzyjaźniliśmy się. Po pewnym czasie, zakochałam się. Ale wiedziałam że jest w związku, więc nic mu nie mówiłam. Pewnego wieczoru przyszedł do mnie, mówiąc że zerwał z Louise, bo kocha mnie a nie ją. Brzmi jak z bajki prawda?
Ale niestety nie jest tak wesoło. Zaczęła mnie prześladować, musiałam się wyprowadzać. Kiedy wszystko było na dobrej drodze, wróciła.
Wrócił mój koszmar....
Michael's POV
Jeszcze jeden zakręt i jestem pod sklepem. Wolnym ruchem zdjąłem kask przeczesując włosy. Podniosłem delikatnie mój niezmiernie seksowny i kochany przez wszystkich tyłek, czując jak motor lekko się unosi. Amortyzatory, bejbe!
Otworzyłem drzwi do sklepu i skierowałem się w stronę ogromnej lodówki z lodami. Jej! Lodówka z lodami! Jej!
O Boże. Jestem nienormalny.
Jakoby ten kulturalny człowiek (chyba że pingwin) wyjąłem pierwsze lepsze lody. Popatrzyłem na opakowanie. Czekolada. Może być. Już miałem ruszyć dalej, kiedy zatrzymała mnie pewna myśl.
...
...
...
...
Co jeśli one miały rodziców?!
I zrobiło mi się żal tych biednych lodów - rodziców, którzy zostali sami.
Wiem!!!
Wyjąłem wszystkie opakowania lodów czekoladowych z lodówki i zadowolony ruszyłem do kas.
Czekaj!!
A co z...
Lodami czekoladowo - truskawkowymi?!
Przecież to mogą być ich kuzyni!!!
Wyszedłem ze sklepu i wziąłem wózek, z powrotem wracając do lodówki. Wyjąłem wszystkie lody jakie się tam znajdowały i zadowolony ruszyłem do kasy. Pomijając dziwne spojrzenia kasjerki ( no bo co jest dziwnego w chłopaku z 300-oma opakowaniami lodów?!), zapłaciłem. I teraz pojawił się problem.
Jak
Ja
Do
Cholery
Jasnej
Zawiozę
To
Do
Liz?!
Brawo Michael.
Nie wiem jak, nie pytajcie mnie o to ( ask: pozorymylaff xd), dotarłem do domu. Zadzwoniłem dzwonkiem.
Po chwili otwarła mi dziewczyna.
Kiedy zobaczyła mnie na progu otwarła szeroko oczy.
- Ja pierdole...
*****
Ash POV
Odebrałem od chłopaka lody ruszyłem do salonu w którym czekała na nas Liz.
- To co robimy? - spytał Michael wchodząc do miejsca naszego aktualnego pobytu.
- Jemy lody - wskazałem ręką na pudełka leżące na podłodze. Oczy dziewczyny mówiły za siebie.
- Ja pierdole...
- No co? - Michael wzruszył ramionami.
- Nie chciałem żeby czuły się samotne - wyszczerzył zęby. Strzeliłem głośnego palm face'a. Dzis...
- To co, jemy? - spytał farbowany wyciągając zza siebie łyżki.
- Tak - dziewczyna rzuciła się na chłopaka wyrywając mu sztućce z ręki.
- Włączymy jakiś film? - spytałem wyciągając się na kanapie.
- Trzy metry nad niebem? - zaproponowała Liz.
- Czemu nie - mieliśmy lody, czego więcej trzeba? Nie wiem.
Kiedy miałem włączyć płytę, do Lizzie zadzwonił telefon.
- Halo? - zamarła. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy.
- Luke, błagam, przestań! - krzyknęła że szlochem.
Objąłem ją od tyłu. Delikatnie przystawilem głowę do głośnika w jej telefonie.
- Jesteś nic nie wartą kurwą . Nigdy nie sądziłem że poznam sukę, która będzie aż taka pojebana że się puści na prawo i lewo. - pierdolony kutas.
- Luke... Błagam cię przestań! - dziewczyna osunęła się na podłogę cicho łkając. Zabije kutasa.
Pierdolony Hemmo.
-*-Luke POV-*-
Louise mi wszystko powiedziała. Nie rozumiem jak przez chwilę Liz mogła mi się podobać... Teraz czuję do siebie wstręt. Ta suka? Odebrała chłopaka mojemu aniołkowi! Teoretycznie powinienem się cieszyć, bo teraz ja nim jestem, ale jak myślę o tym, że Louise cierpiała, to mam ochotę ją zabić...
- Zobaczysz suko, odbije ci chłopaka i zniszczę twoje idealne życie - syknęła Liz stając przede mną. Od zawsze mnie nienawidziła. Zazdrośćiła mi chłopaka i kasy.
- Nie mów tak! - zdenerwowałam się. Tylko nie Ryan!
Liczyłam że to wszystko to kiepski żart, ale udało jej się. Wygrała...
Kiedy mi to opowiadała, płakała. Bolało. Dlatego zadzwoniłem do Liz. Może to nie było zbyt dorosłe, ale musiałem odreagować.
-*-Liz POV-*-
Boli. Bardzo. Kiedy osoba, która kiedyś wydawała się miła, rani. Tak, jak już pewnie wiecie, znam Louise nieco dłużej. Próbowałam o tym zapomnieć, ale od przeszłości nie można uciec.
To działo się w gimnazjum. Ona była lubiana za kasę i wpływowych rodziców. Tzw, populars. Każdy wie o co chodzi. Ja, dobra uczennica, miałam tylko grupkę przyjaciół, ale za to prawdziwych. I wtedy pojawił się on. Ryan Blackburn. Przystojny, wysoki brunet o niebieskich oczach.
Od razu go zauważyła. Jak to z nimi bywa, musiała go zdobyć. Byli że sobą 2 miesiące. Dlaczego zerwali? Na jednej z imprez tańczyłam z Ryanem. Dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, i jak to bywa, zaprzyjaźniliśmy się. Po pewnym czasie, zakochałam się. Ale wiedziałam że jest w związku, więc nic mu nie mówiłam. Pewnego wieczoru przyszedł do mnie, mówiąc że zerwał z Louise, bo kocha mnie a nie ją. Brzmi jak z bajki prawda?
Ale niestety nie jest tak wesoło. Zaczęła mnie prześladować, musiałam się wyprowadzać. Kiedy wszystko było na dobrej drodze, wróciła.
Wrócił mój koszmar....
Rozdział XVI, XVII, XVIII
Zdenerwowanym ruchem wcisnęłam ręce w kieszenie spodni. Zdziwiłam się
ciszą wokół mnie. Przecież zawsze miałam słuchawki w uszach i szłam w
rytm muzyki. 10 min, czyli praktycznie całą drogę zajęło mi rozwiązanie
problemu.
Po prostu
Byłam tak zaabsorbowana osobą Hemmingsa
I jego dziewczyny
Że zapomniałam włączyć muzykę.
Tada!
Mocnym szarpnięciem otworzyłam drzwi wejściowe. Rodziców, JAK ZWYKLE, nie było i, JAK ZWYKLE, zapomnieli zamknąć mieszkanie.
Rzuciłam kurtkę w kąt koło wieszaka i ruszyłam po schodach do mojego pokoju.
Lubiłam go. Był takim moim schowkiem przed złem tego świata. Tak, pewnie większość myśli, że nie mam uczuć. Nie, to po prostu życie zmusiło mnie do nieokazywania ich.
Lubię nową 'mnie'. Od tej głębszej strony, poznają mnie tylko przyjaciele.
I must be strong....
Zawiodłam się na Luke'u.
Taki fajny chłopak a chodzi... Z kim? Z Louise.
Tak, wiem. Nie oceniaj po pozorach. Ale prawda jest taka, że to przez nią zmuszona byłam budować mur wokół siebie. To ona nauczyła mnie, że pewne osoby na zawsze będą sukami.
- Ladadadada! I'm never gonna... - zaczął wydzwaniać mój telefon.
- Halo? - odebrałam nie patrząc na wyświetlacz.
- Ummm... Hej - Ashton - Mógłbym wpaść? - jego głos był inny... Brakowało tego wesołego chichotu, zazwyczaj pojawiającego się między wyrazami.
- Jasne, Ash. Stało się coś?- na serio się martwię.
- Ymmm... Umm... Nie... Tak... To nie jest rozmowa na telefon - był... Załamany?
- Czekam - nie zdąrzyłam się rozłączyć, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Zbiegłam na dół, potykając się o własne nogi.
Przez wizjer zauważyłam blondyna z kręconymi włosami chowającego telefon do kieszeni od spodni.
- Wejdź - uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
Ashton popatrzył na mnie.
Zachłysnęłam się powietrzem na widok jego czerwonych oczu.
- Jest aż tak źle? - smutno zaśmiał się, jednak szybko ten chichot przerodził się w szloch.
Przytuliłam się do niego. A raczej próbowałam. W momencie w którym dotknęłam rękami jego pleców, rozkleił się całkowicie wtulając się we mnie.
- Chodź napijemy się herbaty i porozmawiamy - pociągnęłam go za rękę. Cicho szlochając podążył za mną. Kątem oka zauważyłam jak siada w rogu kuchni i otaczając kolana rękami zaczyna kołysać się w przód i w tył.
Czyli jest naprawdę źle...
Liz
Nie dobrze...
Usiadłam obok chłopaka łapiąc go rękami za kolana. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. To było straszne.
- Ash...
Zero reakcji.
- Ashton...
Cisza.
- Musisz mi powiedzieć co się stało - wiem, że nie mogę się denerwować. Kilka razy miałam do czynienia z depresją ale ponarkotykową... A to mi na taką nie wygląda.
- Sue... - wymamrotał chowając twarz w moje dłonie. Pod palcami czułam gorącą skórę chłopaka. Ashton niebezpiecznie się zatrząsł i poczułam ciecz spływającą po jego twarzy.
- Co z nią nie tak? - spytałam łagodnie.
Chłopak lekko się krztusząc własnym płaczem, zaczął opowiadać:
- Sue... To moja była.... - nigdy więcej nie chcę patrzeć jak Ash cierpi, to okropne. - Zadzwoniła do mnie pół godziny temu... Powiedziała, że... - zająknął się - Że znalazła innego... Lepszego... I to nie byłoby takie straszne, gdby nie... - rozpłakał się na dobre. - Gdyby... Nie-e fa-akt, że-e byliśmy ra-azem trzy-y lata-a - chłopak głośno szlochał - Ja-a napra-awdę myśla-ałem, że-że to ta jedy-yna - ten widok rani moje serce.
- Ashton. Czasami trzeba pozwolić niektórym ludziom dobrowolnie odejść by zobaczyli co tracą - potarłam dłońmi o jego plecy - Wiem, że mówienie teraz 'będzie dobrze, nie jest ciebie warta' jest totalnie bez sensu. Za to wiem co ma sens. Lody i dobry horror we dwójkę - na moje słowa blondyn lekko się uśmiechnął. Wstaliśmy z podłogi i ruszyliśmy do salonu, jednak w połowie drogi chłopak się zatrzymał.
- Wiesz co - zwrócił się do mnie - To nie mogła być prawdziwa miłość. Przecież ona mnie nie kochała. No chyba że jej dowodem uczucia było wskakiwanie każdemu facetowi do łóżka. Później się tłumaczyła, że 'to on zaczął', ale ja w to nie wierzę. Dziękuję - przytulił mnie nagle.
- Za co? - odparłam zdziwiona odwzajemniając uścisk.
- Dziękuję za to, że jesteś...
Ash POV
- I jak, lepiej? - spytała Liz uśmiechając się do mnie.
Odwzajemniłem gest lekko kiwając głową. Moja ręka powędrowała w kierunku stolika, odstawiając kolejne, piąte już, puste pudełko po lodach.
- To dobrze - tak, dobrze - Co teraz robimy? - spytała kładąc głowę na moich kolanach. Automatycznie wplotłem rękę w jej włosy. Moje opuszki delikatnie muskały skórę jej głowy, bawiąc się pojedynczymi kosmykami.
Zauważyłem, że dziewczyna zmrużyła oczy. Uśmiechnąłem się. Była tak inna od Sue. Inna w tym dobrym tego słowa znaczeniu.
- Hmmm... Zadzwońmy po chłopaków - zaproponowałem. Od razu tego pożałowałem. Dziewczyna podniosła się strącając moją rękę.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. - zaczerpnąłem powietrza.
- Nie przepadam za tą Louise - spojrzała na mnie.
- Ja też, ale wiesz, że mógłby wpaść sam Michael i Calum? - widziałem zmiany zachodzące na jej twarzy. W końcu niepewnie skinęła głową, lekko przygryzając wargę. Skłamałbym, mówiąc, że mnie to nie podnieciło.
Stary ogarnij się, tyle co rzuciła cię dziewczyna.
Ale nic na to nie poradzę, że kiedy jestem z Liz czuję się inaczej.
- Ummm... To zadzwonisz? - zarumieniłem się zdając sobie sprawę z tego że od dłuższej chwili przyglądam się dziewczynie.
- Jasne - wyciągnąłem telefon i wybrałem numer do farbowanego.
- Hej - w tle usłyszałem jakieś jęki. Dzieci spać!!
- Ugh, mógłbyś przejść w nieco... Cichsze miejsce? - zasugerowałem delikatnie.
- Stary, jestem w ogrodzie. - jęknął Michael.
-O rany, to ostro tam musi być - skwitowałem powstrzymując się od wybuchu śmiechu.
- I jeszcze Calum poszedł na spacer a mnie zostawił - jęczał dalej Cliff do słuchawki.
- Wbijaj do nas, męczenniku - puściłem oczko do Liz na co się zaśmiała.
- Zaraz będę, kupię lody - rozłączył się.
O tak, lody ponad wszystko...
Po prostu
Byłam tak zaabsorbowana osobą Hemmingsa
I jego dziewczyny
Że zapomniałam włączyć muzykę.
Tada!
Mocnym szarpnięciem otworzyłam drzwi wejściowe. Rodziców, JAK ZWYKLE, nie było i, JAK ZWYKLE, zapomnieli zamknąć mieszkanie.
Rzuciłam kurtkę w kąt koło wieszaka i ruszyłam po schodach do mojego pokoju.
Lubiłam go. Był takim moim schowkiem przed złem tego świata. Tak, pewnie większość myśli, że nie mam uczuć. Nie, to po prostu życie zmusiło mnie do nieokazywania ich.
Lubię nową 'mnie'. Od tej głębszej strony, poznają mnie tylko przyjaciele.
I must be strong....
Zawiodłam się na Luke'u.
Taki fajny chłopak a chodzi... Z kim? Z Louise.
Tak, wiem. Nie oceniaj po pozorach. Ale prawda jest taka, że to przez nią zmuszona byłam budować mur wokół siebie. To ona nauczyła mnie, że pewne osoby na zawsze będą sukami.
- Ladadadada! I'm never gonna... - zaczął wydzwaniać mój telefon.
- Halo? - odebrałam nie patrząc na wyświetlacz.
- Ummm... Hej - Ashton - Mógłbym wpaść? - jego głos był inny... Brakowało tego wesołego chichotu, zazwyczaj pojawiającego się między wyrazami.
- Jasne, Ash. Stało się coś?- na serio się martwię.
- Ymmm... Umm... Nie... Tak... To nie jest rozmowa na telefon - był... Załamany?
- Czekam - nie zdąrzyłam się rozłączyć, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Zbiegłam na dół, potykając się o własne nogi.
Przez wizjer zauważyłam blondyna z kręconymi włosami chowającego telefon do kieszeni od spodni.
- Wejdź - uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
Ashton popatrzył na mnie.
Zachłysnęłam się powietrzem na widok jego czerwonych oczu.
- Jest aż tak źle? - smutno zaśmiał się, jednak szybko ten chichot przerodził się w szloch.
Przytuliłam się do niego. A raczej próbowałam. W momencie w którym dotknęłam rękami jego pleców, rozkleił się całkowicie wtulając się we mnie.
- Chodź napijemy się herbaty i porozmawiamy - pociągnęłam go za rękę. Cicho szlochając podążył za mną. Kątem oka zauważyłam jak siada w rogu kuchni i otaczając kolana rękami zaczyna kołysać się w przód i w tył.
Czyli jest naprawdę źle...
Liz
Nie dobrze...
Usiadłam obok chłopaka łapiąc go rękami za kolana. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. To było straszne.
- Ash...
Zero reakcji.
- Ashton...
Cisza.
- Musisz mi powiedzieć co się stało - wiem, że nie mogę się denerwować. Kilka razy miałam do czynienia z depresją ale ponarkotykową... A to mi na taką nie wygląda.
- Sue... - wymamrotał chowając twarz w moje dłonie. Pod palcami czułam gorącą skórę chłopaka. Ashton niebezpiecznie się zatrząsł i poczułam ciecz spływającą po jego twarzy.
- Co z nią nie tak? - spytałam łagodnie.
Chłopak lekko się krztusząc własnym płaczem, zaczął opowiadać:
- Sue... To moja była.... - nigdy więcej nie chcę patrzeć jak Ash cierpi, to okropne. - Zadzwoniła do mnie pół godziny temu... Powiedziała, że... - zająknął się - Że znalazła innego... Lepszego... I to nie byłoby takie straszne, gdby nie... - rozpłakał się na dobre. - Gdyby... Nie-e fa-akt, że-e byliśmy ra-azem trzy-y lata-a - chłopak głośno szlochał - Ja-a napra-awdę myśla-ałem, że-że to ta jedy-yna - ten widok rani moje serce.
- Ashton. Czasami trzeba pozwolić niektórym ludziom dobrowolnie odejść by zobaczyli co tracą - potarłam dłońmi o jego plecy - Wiem, że mówienie teraz 'będzie dobrze, nie jest ciebie warta' jest totalnie bez sensu. Za to wiem co ma sens. Lody i dobry horror we dwójkę - na moje słowa blondyn lekko się uśmiechnął. Wstaliśmy z podłogi i ruszyliśmy do salonu, jednak w połowie drogi chłopak się zatrzymał.
- Wiesz co - zwrócił się do mnie - To nie mogła być prawdziwa miłość. Przecież ona mnie nie kochała. No chyba że jej dowodem uczucia było wskakiwanie każdemu facetowi do łóżka. Później się tłumaczyła, że 'to on zaczął', ale ja w to nie wierzę. Dziękuję - przytulił mnie nagle.
- Za co? - odparłam zdziwiona odwzajemniając uścisk.
- Dziękuję za to, że jesteś...
Ash POV
- I jak, lepiej? - spytała Liz uśmiechając się do mnie.
Odwzajemniłem gest lekko kiwając głową. Moja ręka powędrowała w kierunku stolika, odstawiając kolejne, piąte już, puste pudełko po lodach.
- To dobrze - tak, dobrze - Co teraz robimy? - spytała kładąc głowę na moich kolanach. Automatycznie wplotłem rękę w jej włosy. Moje opuszki delikatnie muskały skórę jej głowy, bawiąc się pojedynczymi kosmykami.
Zauważyłem, że dziewczyna zmrużyła oczy. Uśmiechnąłem się. Była tak inna od Sue. Inna w tym dobrym tego słowa znaczeniu.
- Hmmm... Zadzwońmy po chłopaków - zaproponowałem. Od razu tego pożałowałem. Dziewczyna podniosła się strącając moją rękę.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. - zaczerpnąłem powietrza.
- Nie przepadam za tą Louise - spojrzała na mnie.
- Ja też, ale wiesz, że mógłby wpaść sam Michael i Calum? - widziałem zmiany zachodzące na jej twarzy. W końcu niepewnie skinęła głową, lekko przygryzając wargę. Skłamałbym, mówiąc, że mnie to nie podnieciło.
Stary ogarnij się, tyle co rzuciła cię dziewczyna.
Ale nic na to nie poradzę, że kiedy jestem z Liz czuję się inaczej.
- Ummm... To zadzwonisz? - zarumieniłem się zdając sobie sprawę z tego że od dłuższej chwili przyglądam się dziewczynie.
- Jasne - wyciągnąłem telefon i wybrałem numer do farbowanego.
- Hej - w tle usłyszałem jakieś jęki. Dzieci spać!!
- Ugh, mógłbyś przejść w nieco... Cichsze miejsce? - zasugerowałem delikatnie.
- Stary, jestem w ogrodzie. - jęknął Michael.
-O rany, to ostro tam musi być - skwitowałem powstrzymując się od wybuchu śmiechu.
- I jeszcze Calum poszedł na spacer a mnie zostawił - jęczał dalej Cliff do słuchawki.
- Wbijaj do nas, męczenniku - puściłem oczko do Liz na co się zaśmiała.
- Zaraz będę, kupię lody - rozłączył się.
O tak, lody ponad wszystko...
Rozdział XIII, XIV, XV
****Luke POV****
Stałem pod domem Irwina i myślałem nad tym co powiedział Michael. Może i miał rację? Może Louise faktycznie mnie ogranicz? Nie... Ona nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła. Kocha mnie.
Z determinacją wcisnąłem lekko wystający ze ściany guzik. Przez moją twarz przebiegł grymas.
No błagam,
Kto jako DZWONEK ma ustawione jingle bells? W środku października?
- Hej - drzwi nagle otwarły się przede mną. Za progiem stała dziewczyna o oryginalnym kolorze włosów. Jestem pewny, że Michael nigdy takiego nie miał, nie ma i nie będzie miał. Patrzyłem na nią niepewnie przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Wpatrywała się we mnie co było dość krępujące.
- Może wejdziesz? - zaproponowała uchylając nieco szerzej skrzydło drzwi. Skinąłem tylko głową i przekroczyłem próg. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem przy dziewczynie. Sprawiała, że czułem się skrępowany, niepewny co powinienem zrobić. Zdjąłem buty i skierowałem się do salonu.
- Wreszcie jesteś! - krzyknął Michael, kiedy zauważył mnie w progu. Uśmiechnąłem się do niego. W oczy rzuciły mi się włosy chłopaka. Były IDENTYCZNE jak u tej dziewczyny co wpuściła mnie do domu. Ładna...
A swoją drogą ciekawe kto to jest. Dziewczyna Asha, czy Michaela?
- Wy się znacie. - na słowa Ashtona dziewczyna skinęła twierdząco.
Chyba naprawdę dużo przegapiłem...
- To co oglądamy? - spojrzałem na czarnoniedokońcawłosą dziewczynę stojącą na środku. W jej ręce, o krótko obciętych, niepomalowanych paznokciach, całkowicie różnych od Louise, znajdowały się dwa kanciaste pudełka.
- A co masz? - spytał Ashton kładąc się na podłodze przed dziewczyną. Nie mogłem oderwać od niej wzroku.
Luke masz dziewczynę!
No racja, ale nic nie poradzę na to, że ona jest taka... Taka.... Taka....? Piękna? Tak. Właśnie tak.
Louise by się to nie podobało.
Cicho siedź.
-A ty co myślisz, Luke? - usłyszałem ten anielski głos skierowany do mnie.
- Ja... Ymmm... Myślę, że yyy... - zacząłem się jąkać - Eee... No.... Ten teges.. Yyy...
Kątem oka zauważyłem jak chłopacy zwijają się ze śmiechu. Zacisnąłem dłonie w pięści.
- Myślę, że to nieistotne, suko - warknąłem.
Czekaj!! Co?!?! Nie! Błagam powiedzcie że ja tego nie powiedziałem!!!!!
Mina dziewczyny upewniła mnie w tym, że jednak wymówiłem to krzywdzące dziewczyny słowo.
Nie...
W jej oczach widziałem błysk wściekłości.
- Co ty powiedziałeś?! - podniosłem wzrok, po to, aby zauważyć stojącego nade mną Caluma.
- Suko - powtórzyłem.
Nie!!! Nie!!!! To nie tak miało być! Ja nie chciałem tego powiedzieć!
Ale powiedziałeś.
Zamknij się.
To wszystko przez Louise!
Nieprawda!
Dalsze rozmyślania przerwał mi krótki, mocny oraz celny cios wprowadzony w moją szczękę. Moja głowa odskoczyła do tyłu ciągnąc za sobą resztę mojego ciała. Poczułem lodowatą powierzchnię dotykającą moich pleców i jęknąłem. Mój brzuch ugiął się pod czyimś ciężarem. Uchyliłem powieki i dostrzegłem Caluma siedzącego na mnie.
Drugi cios.
Trzeci.
Ostatni...
****Liz POV****
Widziałam jak Calum okłada Luke'a pięściami. Patrzyłam na to spokojnym wzrokiem. Nie on pierwszy nie ostatni. Życie jest za krótkie, żeby przejmować się byle gównem.
- Wszystko okej? - męskie ramię oplotło moją talię.
Uśmiechnęłam się do Michaela.
- Tak, lepiej idź ich rozdziel zanim się pozabijają - skinęłam głową w kierunku chłopaków.
- Uważam że mu się należy. Nikt nie ma prawa cię obrażać - zauważyłam dłoń Michaela zaciśniętą w pięść z siłą, od której pobielały knykcie chłopaka.
- Michael - popatrzyłam mu w oczy kładąc dłonie na policzkach chłopaka. Jego tęczówki były ciemne, nienaturalne.
- Wszystko. Jest. Okej. - wiedziałam jak postępować w takiej sytuacji. Miałam już kilkakrotnie do czynienia z napadami agresjii u płci przeciwnej.
Pomału mówiłam do chłopaka, obserwując, jak jego tęczówki powracają do cudnego, zielonego koloru.
- Przepraszam - wymamrotał chłopak spuszczając wzrok. Podniosłam jego brodę do góry, zmuszając go, aby spojrzał mi w oczy. Kiedy jego tęczówki napotkały moje, uśmiechnęłam się delikatnie, dając mu znać, że wszystko jest w porządku. Po chwili chłopak odwzajemnił gest.
- Dziękuję - wtuliłam się w niego. Staliśmy tak z trzy minuty, po których niechętnie oderwałam się od umięśnionego (btw, widział ktoś kiedyś Michaela bez koszulki? ) ciała chłopaka.
- Musimy ich rozdzielić - ruszyliśmy w stronę bijących się. Michael delikatnie zgiął swoje plecy nachylając się nad Calumem.
Jednym mocnym szarpnięciem zmusił bruneta do zaprzestania okładania się pięściami. Luke osunął się po ścianie próbując złapać oddech. Wyglądał fatalnie. Z rozwalonego łuku brwiowego spływała gęsta, czerwona ciecz. Prawe oko było mocno opuchnięte, a nos obity.
- Chodź, trzeba ci to opatrzyć - blondyn wstał z moją pomocą i skierowaliśmy się do kuchni.
- Dlaczego to robisz? - spytał siadając na krześle.
- Rozchyl nogi - poleciłam mu, stając pomiędzy jego kolanami z wacikiem w ręce.
- Czemu.. Aghh - syknął kiedy dotknęłam rany - Czemu to robisz?
Zastanowiłam się.
- Może dlatego, że nie jestem suką? - zasugerowałam, wzbudzając tym samym rumieńce wstydu na policzkach Hemmingsa.
- Przepraszam ... Poniosło mnie - wydusił.
- Po prostu tak jakby... - brutalnie mu przerwano.
- Bliźniaku!
- Co smerfie?
- Ty wiesz co - popatrzył na mnie znaczącym spojrzeniem.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.
- Hyyy!!! - głęboki oddech i jedziemy.
- Czas na zmianę koloru!!!!! - wydarliśmy się tak, że jestem pewna że sąsiedzi doskonale nas słyszeli.
- O nie! - jęknął Calum wchodząc do kuchni. Miał rozciętą dolną wargę, od której biegł ślad po zakrzepniętej krwi.
- Chodź tu - przyciągnęłam go do siebie i najdelikatniej jak umiałam wyczyściłam miejsce urazu.
- Dzięki - chłopak uśmiechnął się, co spowodowało ponowny napływ cieczy na jego twarz. Skrzywił się.
- Przyłóż - podałam mu lekko nawilżoną chusteczkę higieniczną.
- To co, idziemy? - spytał Michael z minką Clifforda*.
Omiotłam wzrokiem kuchnię.
- Myślę, że tak. Mam nadzieję że się nie pozabijacie. Ash! Pilnuj domu - nakazałam.
Razem ze smerfem wyszliśmy na ulicę.
Dwie przecznice dalej dotarł do mnie sens moich słów.
Ashton pilnuj domu...
**** Michael's POV ****
Tak! Jedziemy na mojej maszynie do Matrixa. Najlepszy w mieście salon fryzjerski pam para ram!
Wziąłem ostatni zakręt i zatrzymałem się na parkingu przed miejscem docelowym.
- Ej a na jaki? - spytała Liz.
- Hmm - przyłożyłem palec do brody w geście zamyślenia.
- Na... Ymmm... Ja jestem za niebieskim - wypaliła dziewczyna.
- No okej - w sumie mi to nie robi różnicy. Nie ma chyba koloru poza żółtym, którego bym nie próbował.
- Dzień dobry. My na niebiesko - wypaliliśmy równocześnie.
Fryzjerki zaśmiały się. Chyba mam dejá vu ( nie wiem czy tak ).
- Siadaj - miła starsza pani podsunęła mi krzesło.
- She looks so perfect - śpiewało radio. Uśmiechnąłem się do siebie. Idzie nam naprawdę nieźle, mamy szansę coś osiągnąć.
- Ej, smerfie to twoja piosenka - usłyszałem głos Liz.
- No wiem - zaśmiałem się zadowolony. Teraz lokalne radio, później sława fani itd.
- Dziękujemy - zapłaciliśmy i skierowaliśmy się z powrotem do domu.
- Cześć! - krzyknęła dziewczyna otwierając drzwi mieszkania.
To co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
****
****Liz PoV****
Niepewnie nacisnęłam klamkę. Z odległości kilometra było słychać głośną muzykę.
- Luke! - zobaczyłam blondyna idącego z małym pingwinkiem na rękach. Nieco dalej stał Ash... Czekaj co?! Luke! Skąd ty do jasnej ciasnej wytrzasnąłeś pingwina?
- Luke! - kiedy Hemmo nas zobaczył, złapał kwiczącego pingwina w pół i rzucił nim do Ashtona, który schował go w piwnicy. Moglibyśmy udawać, że nic się nie stało, gdyby w tym momencie, z basenu nie wyszły cztery pingwiny.
- Cześć przystojniaku - koło Michaela pojawiła się jakaś laska w stroju kąpielowym.
Postanowiłam zająć się Hemmingsem.
- Błagam, Luke... Powiedz, że nie sprowadziłeś pingwinów z zoo. - jęknęłam. Przez ten czas zdąrzyłam poznać jego obsesję na punkcie tych istot.
- Co?... Ymmm... Nie - zaprzeczył.
Uniosłam brwi. Chłopak się złamał.
- Eh no dobra... To... To... To Ash! - blondyn oskarżycielsko wycelował palcem w perkusistę.
****Luke POV****
Zwaliłem (bez skojarzeńxd) na Ashtona. Nie mogłem znieść tego, jak pobłażliwie na mnie patrzyła. Przecież nie może mnie uznać za jakiegoś dzieciaka, który wielbi pingwiny...
W końcu jestem nastolatkiem wielbiącym pingwiny! Jest różnica! Jest. Dobra, Luke. Koniec rozmów ze sobą.
- Tsaa... Uwaga bo ci uwierzę - dziewczyna z rozbawieniem spojrzała mi w oczy. Czułem się jak mały chłopiec, opieprzany przez mamę.
- Eght. - wydałem z siebie dziwny dźwięk. Kątem oka zauważyłem mojego maluszka skaczącego do basenu.
- Umm... Zaczekaj chwilę - rzuciłem w kierunku dziewczyny i popędziłem do basenu. Impreza trwała w najlepsze. Pingwiny, gorące laski w bikini, Ash, pingwiny, alkohol i pingwiny. Łosz kurwa! Jestem na najlepszej imprezie na ziemi!!!! Czy mogę umrzeć?
- No hej kotku - obok mnie usiadła Louise ocierając się o mnie biodrami. Spojrzałem w kierunku Liz, aby dać jej znać, że pogadamy później, ale nie musiałem. Nigdy. W. Życiu. Nie. Doznałem. Czegoś. Takiego.
Dziewczyna patrzyła na mnie wzrokiem, w którym mieszały się
Pogarda
Złość
Żal
Oraz chęć zamordowania mojej osoby.
- Stało się coś? - popatrzyłem na osobę siedzącą obok mnie.
- Ależ skąd misiu - cmoknąłem ją w nos na co zachichotała.
---next day---
O nie. Będę musiał pożegnać się z pingwinkami. Nooooooooooooooo!!!!!!! Czemu mi tak łeb napierdala?!
Zeszłem na dół po tabletki.
Kiedy stanąłem w kuchni, wszyscy zmierzyli mnie wkurwionym spojrzeniem.
Chyba mam przejebane...
- Chodzi o zamek? Tak? Bo to był pomysł Ashtona! - wskazałem na loczka.
- Jaki zamek? - popatrzyli na mnie zdezorietowani.
Kurde, czyli nie o to chodziło. Wkooopałeeem się...
- Nieważne. Zapomnijcie o tym - popatrzyłem na nich.
- Musimy pogadać - odchrząknął Calum.
- Skąd ty kurwa jebana mać wziąłeś pingwiny? - spytał Michael. Liz jako jedyna milczała. To nie wróży nic dobrego...
- No ymmm.. Egh.... Przyleciały! - wpadłem na genialny pomysł. Przecież skoro pingwiny przyleciały, to nie ma w tym mojej winy, ha! Brawo geniuszu! Oskara!
- Cioto ruska, pingwiny nie latają - wszyscy przy stole zaczęli się śmiać, poza Liz.
W myślach przybiłem sobie piątkę.
W czoło.
Patelnią.
Lalalalalalalalalalalala!!!!
- Luke, słuchasz nas? - Calum pomachał mi ręką przed twarzą.
- Tak - powróciłem do świata żywych.
Musiałem pozostawić moje smerfy, chlip, chlip.
- Mówiłem, że Louise dzwoniła, że przyjdzie do ciebie - rzucił Ashton.
- To ja już pójdę - Liz podniosła się.
- Ale czemu? - spytał Michael.
- Będziecie mieć gości, nie będę wam przeszkadzać.
- Ty nam nie... - farbowany umilkł pod spojrzeniem dziewczyny 'nie protestuj bo zajebię'.
- Odprowadzę - zaoferowałem.
- Nie dziękuję, przejdę się sama - rzuciła mi speszone spojrzenie i opuściła mieszkanie.
O co, kurwajebanamać chodzi?
Stałem pod domem Irwina i myślałem nad tym co powiedział Michael. Może i miał rację? Może Louise faktycznie mnie ogranicz? Nie... Ona nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła. Kocha mnie.
Z determinacją wcisnąłem lekko wystający ze ściany guzik. Przez moją twarz przebiegł grymas.
No błagam,
Kto jako DZWONEK ma ustawione jingle bells? W środku października?
- Hej - drzwi nagle otwarły się przede mną. Za progiem stała dziewczyna o oryginalnym kolorze włosów. Jestem pewny, że Michael nigdy takiego nie miał, nie ma i nie będzie miał. Patrzyłem na nią niepewnie przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Wpatrywała się we mnie co było dość krępujące.
- Może wejdziesz? - zaproponowała uchylając nieco szerzej skrzydło drzwi. Skinąłem tylko głową i przekroczyłem próg. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem przy dziewczynie. Sprawiała, że czułem się skrępowany, niepewny co powinienem zrobić. Zdjąłem buty i skierowałem się do salonu.
- Wreszcie jesteś! - krzyknął Michael, kiedy zauważył mnie w progu. Uśmiechnąłem się do niego. W oczy rzuciły mi się włosy chłopaka. Były IDENTYCZNE jak u tej dziewczyny co wpuściła mnie do domu. Ładna...
A swoją drogą ciekawe kto to jest. Dziewczyna Asha, czy Michaela?
- Wy się znacie. - na słowa Ashtona dziewczyna skinęła twierdząco.
Chyba naprawdę dużo przegapiłem...
- To co oglądamy? - spojrzałem na czarnoniedokońcawłosą dziewczynę stojącą na środku. W jej ręce, o krótko obciętych, niepomalowanych paznokciach, całkowicie różnych od Louise, znajdowały się dwa kanciaste pudełka.
- A co masz? - spytał Ashton kładąc się na podłodze przed dziewczyną. Nie mogłem oderwać od niej wzroku.
Luke masz dziewczynę!
No racja, ale nic nie poradzę na to, że ona jest taka... Taka.... Taka....? Piękna? Tak. Właśnie tak.
Louise by się to nie podobało.
Cicho siedź.
-A ty co myślisz, Luke? - usłyszałem ten anielski głos skierowany do mnie.
- Ja... Ymmm... Myślę, że yyy... - zacząłem się jąkać - Eee... No.... Ten teges.. Yyy...
Kątem oka zauważyłem jak chłopacy zwijają się ze śmiechu. Zacisnąłem dłonie w pięści.
- Myślę, że to nieistotne, suko - warknąłem.
Czekaj!! Co?!?! Nie! Błagam powiedzcie że ja tego nie powiedziałem!!!!!
Mina dziewczyny upewniła mnie w tym, że jednak wymówiłem to krzywdzące dziewczyny słowo.
Nie...
W jej oczach widziałem błysk wściekłości.
- Co ty powiedziałeś?! - podniosłem wzrok, po to, aby zauważyć stojącego nade mną Caluma.
- Suko - powtórzyłem.
Nie!!! Nie!!!! To nie tak miało być! Ja nie chciałem tego powiedzieć!
Ale powiedziałeś.
Zamknij się.
To wszystko przez Louise!
Nieprawda!
Dalsze rozmyślania przerwał mi krótki, mocny oraz celny cios wprowadzony w moją szczękę. Moja głowa odskoczyła do tyłu ciągnąc za sobą resztę mojego ciała. Poczułem lodowatą powierzchnię dotykającą moich pleców i jęknąłem. Mój brzuch ugiął się pod czyimś ciężarem. Uchyliłem powieki i dostrzegłem Caluma siedzącego na mnie.
Drugi cios.
Trzeci.
Ostatni...
****Liz POV****
Widziałam jak Calum okłada Luke'a pięściami. Patrzyłam na to spokojnym wzrokiem. Nie on pierwszy nie ostatni. Życie jest za krótkie, żeby przejmować się byle gównem.
- Wszystko okej? - męskie ramię oplotło moją talię.
Uśmiechnęłam się do Michaela.
- Tak, lepiej idź ich rozdziel zanim się pozabijają - skinęłam głową w kierunku chłopaków.
- Uważam że mu się należy. Nikt nie ma prawa cię obrażać - zauważyłam dłoń Michaela zaciśniętą w pięść z siłą, od której pobielały knykcie chłopaka.
- Michael - popatrzyłam mu w oczy kładąc dłonie na policzkach chłopaka. Jego tęczówki były ciemne, nienaturalne.
- Wszystko. Jest. Okej. - wiedziałam jak postępować w takiej sytuacji. Miałam już kilkakrotnie do czynienia z napadami agresjii u płci przeciwnej.
Pomału mówiłam do chłopaka, obserwując, jak jego tęczówki powracają do cudnego, zielonego koloru.
- Przepraszam - wymamrotał chłopak spuszczając wzrok. Podniosłam jego brodę do góry, zmuszając go, aby spojrzał mi w oczy. Kiedy jego tęczówki napotkały moje, uśmiechnęłam się delikatnie, dając mu znać, że wszystko jest w porządku. Po chwili chłopak odwzajemnił gest.
- Dziękuję - wtuliłam się w niego. Staliśmy tak z trzy minuty, po których niechętnie oderwałam się od umięśnionego (btw, widział ktoś kiedyś Michaela bez koszulki? ) ciała chłopaka.
- Musimy ich rozdzielić - ruszyliśmy w stronę bijących się. Michael delikatnie zgiął swoje plecy nachylając się nad Calumem.
Jednym mocnym szarpnięciem zmusił bruneta do zaprzestania okładania się pięściami. Luke osunął się po ścianie próbując złapać oddech. Wyglądał fatalnie. Z rozwalonego łuku brwiowego spływała gęsta, czerwona ciecz. Prawe oko było mocno opuchnięte, a nos obity.
- Chodź, trzeba ci to opatrzyć - blondyn wstał z moją pomocą i skierowaliśmy się do kuchni.
- Dlaczego to robisz? - spytał siadając na krześle.
- Rozchyl nogi - poleciłam mu, stając pomiędzy jego kolanami z wacikiem w ręce.
- Czemu.. Aghh - syknął kiedy dotknęłam rany - Czemu to robisz?
Zastanowiłam się.
- Może dlatego, że nie jestem suką? - zasugerowałam, wzbudzając tym samym rumieńce wstydu na policzkach Hemmingsa.
- Przepraszam ... Poniosło mnie - wydusił.
- Po prostu tak jakby... - brutalnie mu przerwano.
- Bliźniaku!
- Co smerfie?
- Ty wiesz co - popatrzył na mnie znaczącym spojrzeniem.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.
- Hyyy!!! - głęboki oddech i jedziemy.
- Czas na zmianę koloru!!!!! - wydarliśmy się tak, że jestem pewna że sąsiedzi doskonale nas słyszeli.
- O nie! - jęknął Calum wchodząc do kuchni. Miał rozciętą dolną wargę, od której biegł ślad po zakrzepniętej krwi.
- Chodź tu - przyciągnęłam go do siebie i najdelikatniej jak umiałam wyczyściłam miejsce urazu.
- Dzięki - chłopak uśmiechnął się, co spowodowało ponowny napływ cieczy na jego twarz. Skrzywił się.
- Przyłóż - podałam mu lekko nawilżoną chusteczkę higieniczną.
- To co, idziemy? - spytał Michael z minką Clifforda*.
Omiotłam wzrokiem kuchnię.
- Myślę, że tak. Mam nadzieję że się nie pozabijacie. Ash! Pilnuj domu - nakazałam.
Razem ze smerfem wyszliśmy na ulicę.
Dwie przecznice dalej dotarł do mnie sens moich słów.
Ashton pilnuj domu...
**** Michael's POV ****
Tak! Jedziemy na mojej maszynie do Matrixa. Najlepszy w mieście salon fryzjerski pam para ram!
Wziąłem ostatni zakręt i zatrzymałem się na parkingu przed miejscem docelowym.
- Ej a na jaki? - spytała Liz.
- Hmm - przyłożyłem palec do brody w geście zamyślenia.
- Na... Ymmm... Ja jestem za niebieskim - wypaliła dziewczyna.
- No okej - w sumie mi to nie robi różnicy. Nie ma chyba koloru poza żółtym, którego bym nie próbował.
- Dzień dobry. My na niebiesko - wypaliliśmy równocześnie.
Fryzjerki zaśmiały się. Chyba mam dejá vu ( nie wiem czy tak ).
- Siadaj - miła starsza pani podsunęła mi krzesło.
- She looks so perfect - śpiewało radio. Uśmiechnąłem się do siebie. Idzie nam naprawdę nieźle, mamy szansę coś osiągnąć.
- Ej, smerfie to twoja piosenka - usłyszałem głos Liz.
- No wiem - zaśmiałem się zadowolony. Teraz lokalne radio, później sława fani itd.
- Dziękujemy - zapłaciliśmy i skierowaliśmy się z powrotem do domu.
- Cześć! - krzyknęła dziewczyna otwierając drzwi mieszkania.
To co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
****
****Liz PoV****
Niepewnie nacisnęłam klamkę. Z odległości kilometra było słychać głośną muzykę.
- Luke! - zobaczyłam blondyna idącego z małym pingwinkiem na rękach. Nieco dalej stał Ash... Czekaj co?! Luke! Skąd ty do jasnej ciasnej wytrzasnąłeś pingwina?
- Luke! - kiedy Hemmo nas zobaczył, złapał kwiczącego pingwina w pół i rzucił nim do Ashtona, który schował go w piwnicy. Moglibyśmy udawać, że nic się nie stało, gdyby w tym momencie, z basenu nie wyszły cztery pingwiny.
- Cześć przystojniaku - koło Michaela pojawiła się jakaś laska w stroju kąpielowym.
Postanowiłam zająć się Hemmingsem.
- Błagam, Luke... Powiedz, że nie sprowadziłeś pingwinów z zoo. - jęknęłam. Przez ten czas zdąrzyłam poznać jego obsesję na punkcie tych istot.
- Co?... Ymmm... Nie - zaprzeczył.
Uniosłam brwi. Chłopak się złamał.
- Eh no dobra... To... To... To Ash! - blondyn oskarżycielsko wycelował palcem w perkusistę.
****Luke POV****
Zwaliłem (bez skojarzeńxd) na Ashtona. Nie mogłem znieść tego, jak pobłażliwie na mnie patrzyła. Przecież nie może mnie uznać za jakiegoś dzieciaka, który wielbi pingwiny...
W końcu jestem nastolatkiem wielbiącym pingwiny! Jest różnica! Jest. Dobra, Luke. Koniec rozmów ze sobą.
- Tsaa... Uwaga bo ci uwierzę - dziewczyna z rozbawieniem spojrzała mi w oczy. Czułem się jak mały chłopiec, opieprzany przez mamę.
- Eght. - wydałem z siebie dziwny dźwięk. Kątem oka zauważyłem mojego maluszka skaczącego do basenu.
- Umm... Zaczekaj chwilę - rzuciłem w kierunku dziewczyny i popędziłem do basenu. Impreza trwała w najlepsze. Pingwiny, gorące laski w bikini, Ash, pingwiny, alkohol i pingwiny. Łosz kurwa! Jestem na najlepszej imprezie na ziemi!!!! Czy mogę umrzeć?
- No hej kotku - obok mnie usiadła Louise ocierając się o mnie biodrami. Spojrzałem w kierunku Liz, aby dać jej znać, że pogadamy później, ale nie musiałem. Nigdy. W. Życiu. Nie. Doznałem. Czegoś. Takiego.
Dziewczyna patrzyła na mnie wzrokiem, w którym mieszały się
Pogarda
Złość
Żal
Oraz chęć zamordowania mojej osoby.
- Stało się coś? - popatrzyłem na osobę siedzącą obok mnie.
- Ależ skąd misiu - cmoknąłem ją w nos na co zachichotała.
---next day---
O nie. Będę musiał pożegnać się z pingwinkami. Nooooooooooooooo!!!!!!! Czemu mi tak łeb napierdala?!
Zeszłem na dół po tabletki.
Kiedy stanąłem w kuchni, wszyscy zmierzyli mnie wkurwionym spojrzeniem.
Chyba mam przejebane...
- Chodzi o zamek? Tak? Bo to był pomysł Ashtona! - wskazałem na loczka.
- Jaki zamek? - popatrzyli na mnie zdezorietowani.
Kurde, czyli nie o to chodziło. Wkooopałeeem się...
- Nieważne. Zapomnijcie o tym - popatrzyłem na nich.
- Musimy pogadać - odchrząknął Calum.
- Skąd ty kurwa jebana mać wziąłeś pingwiny? - spytał Michael. Liz jako jedyna milczała. To nie wróży nic dobrego...
- No ymmm.. Egh.... Przyleciały! - wpadłem na genialny pomysł. Przecież skoro pingwiny przyleciały, to nie ma w tym mojej winy, ha! Brawo geniuszu! Oskara!
- Cioto ruska, pingwiny nie latają - wszyscy przy stole zaczęli się śmiać, poza Liz.
W myślach przybiłem sobie piątkę.
W czoło.
Patelnią.
Lalalalalalalalalalalala!!!!
- Luke, słuchasz nas? - Calum pomachał mi ręką przed twarzą.
- Tak - powróciłem do świata żywych.
Musiałem pozostawić moje smerfy, chlip, chlip.
- Mówiłem, że Louise dzwoniła, że przyjdzie do ciebie - rzucił Ashton.
- To ja już pójdę - Liz podniosła się.
- Ale czemu? - spytał Michael.
- Będziecie mieć gości, nie będę wam przeszkadzać.
- Ty nam nie... - farbowany umilkł pod spojrzeniem dziewczyny 'nie protestuj bo zajebię'.
- Odprowadzę - zaoferowałem.
- Nie dziękuję, przejdę się sama - rzuciła mi speszone spojrzenie i opuściła mieszkanie.
O co, kurwajebanamać chodzi?
Rozdział X, XI, XII
1 kom = next
Jeśli podoba wam się to ff, podawajcie dalej :)
SKFP :*
Wracaliśmy do domu. Po seansie chwilę pożartowaliśmy, po czym Mikey odwiózł mnie do domu.
****Ash POV****
Michael odwiózł Liz. No nie powiem, słodko wyglądali razem na motorze.
Dobra Ash. Powrót na ziemię.
Ruszyłem w dół ulicy, bawiąc się moim motorem. Tsa, wiem że to dziwnie brzmi, no ale nie ma innego sposobu na opisanie tego co robię ze swoją maszyną.
Jestem nienormalny.
No brawo, Ash. Powiedz nam coś czego nie wiemy.
Tsaaa... Gadam sam do siebie.
Zatrzymałem się pod domem. Zdjąłem kask i ruszyłem do drzwi.
- I met you when I was a teen - zacząłem podśpiewywać pod nosem piosenkę. Bardzo cenię Eda Sheerana. To jest przykład na to że nie trzeba być bogatym aby osiągnąć sukces. To dzięki niemu się jeszcze nie poddałem, i nadal wierzę że nam się uda.
Popatrzyłem na zegarek. 22:15. Oczywiście po kinie byliśmy jeszcze na kręglach, pizzy i w Starbucksie.
Padam.
Z.
Nóg.
Next Day
Sobota.
Sobota.
Sobota.
Sobota?
Sobota!
Hura! Mamy sobotę!
Zerwałem się z łóżka w biegu wciągając na siebie rurki i...
I w zasadzie tyle.
W domu mogę przecież chodzić bez koszulki, no nie?
A zresztą, nie mam się czego wstydzić.
A nawet wręcz przeciwnie.
Całe poprzednie wakacje na siłowni się opłacały, huh.
- Cześć ciastku - usłyszałem zaspany głos Liz.
- Serio? Ciastku? - zachichotałem. To był zły pomysł. Trzy sekundy później leżałem na dole schodów.
- Wszystko ok? - usłyszałem zatroskany głos dziewczyny.
- Tak. - jęknąłem.
- Zaraz będę. - rozłączyła się.
****Liz POV****
- Czee... - zamurowało mnie, kiedy drzwi otworzył perkusista bez koszulki.
- Co, podoba się? - spytał z rozbawieniem w głosie.
- To nie moja liga, beeejjbeee - przeciągnęłam ostatni wyraz.
- Powiedzmy że ci wierzę - mrugnął do mnie.
- Co robimy? - spytał kiedy weszliśmy.
- Hmmm... Możemy....
*-*-*-*+*-*-*-*
Przepraszam za jego długość, ale mam zapalenie krtani, prawie pluję krwią, i nie jestem w stanie w TYM momencie napisać nic dłuższego :'c
ILYSM!
~SKFP
Co prawda nie było tego 1 kom, ale jestem wam coś winna, więc...
Enjoy! xx
Liz POV
- Możemy zadzwonić do chłopaków i zapytać ich co moglibyśmy porobić - zasugerował Ash.
Strzeliłam palm face'a.
- Nie łatwiej ich zaprosić? - spytałam umęczonym głosem.
Jego głupota kiedyś mnie wykończy, słowo daję. Wyjęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer do Caluma. Odebrał po pięciu sygnałach.
- Mam nadzieję, że masz jakąś ważną sprawę ty paskudny człeku skoro zrywasz mnie o tak barbarzyńskiej porze - usłyszałam zaspany głos.
- Cal, jest prawie dziesiąta - powiedziałam rozbawiona. W odpowiedzi tylko prychnął.
- A więc... - zaczął.
- Ah. No racja to ja dzwonie - usłyszałam uderzenie w ścianę. Mam nadzieję, że jego głowa to przeżyła.
- Więc dzwonię ażeby cię poinformować - ah, piękny język - że o 12 masz stawić się w skromnych progach domu Irwionów - zakończyłam przemowę.
- Kur, co ty ćpałaś? Będę. - i rozłączył się.
- Halo? Hej Luke... - ktoś gwałtownie mi przerwał.
- Z tej strony nie Luke. Mówi Louise. DZIEWCZYNA Luke'a. I radzę ci dobrze, odpieprz się od niego, kicia - dźwięk zakończonego połączenia. Wzruszyłam ramionami. Nie pierwszy raz, nie ostatni. Normalna nastolatka by się rozryczała. 'OMG, ona mi grozi'. Ale nie ja. Życie daje niezłego kopa w dupę i gdyby człowiek przejmował się takimi durnotami, padł by przy pierwszym zakręcie.
- Louise - wyjaśniłam zaskoczonemu Ash'owi. Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Cześć bliźniaku - słysząc głos Michaela na moją twarz automatycznie wpłynął uśmiech.
- Hej smerfie. 11. U Asha - rozłączyłam się.
- Mamy jeszcze godzinę. Co my tak długo będziemy sami robić? - jęknął perkusista.
- Ja poczytam, a ty się ubierz - usiadłam na kanapie opierając dłoń na kolanie.
- Sugerujesz, że ubranie koszulki zajmie mi 60 minut? - uniósł brwi, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
- Dokładnie tak - wzięłam do ręki gazetę.
10.58
- Liz! Pomóż mi! - usłyszałam z góry błagalny krzyk Irwina.
Westchnęłam i pomału skierowałam się na schody. Otwarłam drzwi i zastałam to, czego się spodziewałam. Półnagi Ashton grzebiący w szafie.
Wyminęłam chłopaka i zdjęłam jakąś koszulkę z półki. Rzuciłam nią w jego kierunku. Odpowiedział mi wdzięcznym uśmiechem i zaczął ją a siebie nakładać. W momencie w którym skończył, do drzwi zadzwonił dzwonek. Popatrzyłam na zegarek. 11.
- No bracie - poklepałam go po ramieniu - Równo 60 minut - po czym zbiegłam na dół wpuścić Michaela.
- Cześć jednorożcu - przywitał mnie.
Uniosłam brwi. What the fuck is it?
Brak reakcji.
- To co robimy? - spytaliśmy jednocześnie.
- Nie wiem - znowu się zsynchronizowaliśmy. Ashton, który właśnie schodził po schodach, zaśmiał się i spadł.
- Pośpiewajmy - rzucił wyjmując gitarę z pokrowca farbowany.
- Ale co? - zaciekawił się Ashton.
Popatrzyliśmy po sobie z Michaelem.
- Talk dirty to me - zaśpiewaliśmy jednocześnie.
- Nie - skrzywił się Irwin. - Sing Eda Sheerana.
- Ok - Clifford zaczął grać.
- It's late the evening
Glass on the side
I've been sat with you
For most of the night - śpiewaliśmy.
- Sing!!! - i epicki koniec.
- Wow, dziewczyno ty masz zajekurdebisty głos - z podziwem powiedział czarnoniebieskofioletowowłosy.
- Huh, dziękuję - zaśmiałam się.
- Music is our lifes...
Przeczytaj!!!
Więc tak.
1. Dziękuję za wszystkie wyświetlenia. Nie sądziłam, że ktoś to wogóle będzie czytał.
2. Rozdziały będą pojawiały się rzadziej czyli co 2-3 dni. Każdą wolną chwilę poświęcam na ff, ale niedługo mam konkurs, a którym mam grać "Give me love" ^^, więc muszę ćwiczyć.
3. Co sądzicie o nowej okładce?
4. Komentujcie, to mnie naprawdę motywuje i szybciej piszę rozdziały :)
5. Jeśli jest ktoś chętny na tą grupę, proszę o komentarz :)
~SKFP :)
- Że co kurwa, co? No przecież to jest bez sensu. Oni się kochają, on umiera, a ona jest chora. AUGUSTUSIE! MASZ ŻYĆ! - ze łzami w oczach Calum wydarł się do telewizora.
Tak, dokładnie tak. Oglądamy Gwiazd Naszych Wina. Swoją drogą, uwielbiam Greena.
- Hej, Calum uspokój się. On tam będzie szczęśliwy - przytuliłam chłopaka.
- Ale ona nie - wychlipiał chowając twarz w moje włosy. Czułam mokre strużki spływające po policzkach chłopaka. Nigdy nie sądziłam, że Calum jest taki wrażliwy.
- Przepraszam - wymamrotał po chwili.
- Ale za co? - spytałam z nutką zdziwienia w głosie.
- No bo wiesz - chłopak był zażenowany - To ty powinnaś płakać. Ja jestem facetem i nie powinienem się rozklejać - potarłam dłońmi po jego plecach.
- Jest okej - uśmiechnęłam się.
- Okay?
- Okay.
Pocałował mnie w czubek głowy, na co zachichotałam.
- O mòj Boże - usłyszałam cichy szloch z boku i zobaczyłam Michaela z wtulonym w niego Ashtonem.
**** Ash POV ****
Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nieeeeee!!!! Ale on musi żyć! Przecież...
- Wszystko okej? - poczułem ramię przyjaciela na moim barku. Rozpłakałem się. Nie. Nie. Nie.
Nawet nie zauważyłem kiedy film się skończył. Wyplątałem się z uścisku Michaela, który, tak nawiasem mówiąc świetnie pachnie i ruszyłem do łazienki aby zamaskować ślady płaczu. Kątem oka zauważyłem jak Calum także wstaje i idzie za mną. To dobrze, czyli nie tylko mną wstrząsnął ten film. Kiedy wróciłem, zauważyłem kolejny film, który w ręku trzymała Lizard.
Trzy.
Metry.
Nad.
Niebem.
Super. Czyli znowu będą potrzebne chusteczki.
**** Michael's POV****
Patrzyłem na ekran telewizora, jednak tak naprawdę myślałem o czym innym. Martwiło mnie to, że odkąd Luke chodzi z Louise w ogóle nie ma dla nas czasu.
- Zaraz wracam - rzuciłem podnosząc się z miejsca. Nawet nie zwrócili na mnie uwagi. I dobrze. Wyjąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer do Luke'a. Po trzech sygnałach odebrała Louise.
- Hej Mikusiu - no zaraz jej przy***e.
- Luke - rzuciłem krótko i zwięźle.
- No już go daję, nie bądź taki niecierpliwy - przewróciłem oczami.
- Cześć - odetchnąłem z ulgą kiedy w słuchawce odezwał się głos kumpla.
- Hej, mamy wieczór filmowy u Ashtona, wbijasz? - spytałem.
- No nie wiem, jestem umówiony z Louise na zakupy....
- Słuchaj, odpuść sobie. Od kiedy z nią jesteś, nie spędziliśmy razem ani godziny - warknąłem i już miałem się rozłączać, kiedy Luke mi przerwał.
- Czekaj, pogadam z nią - i zakrył telefon ręką. Mimo to słyszałem w tle kłótnię, a następnie odgłos uderzenia.
Coś czuję, że Luke pojawi się na pół twarzy czerwony.
- Będę za 15 minut.
1 kom = next
Dziękuję za wszystkie głosy.
Do następnego
SkFp
Jeśli podoba wam się to ff, podawajcie dalej :)
SKFP :*
Wracaliśmy do domu. Po seansie chwilę pożartowaliśmy, po czym Mikey odwiózł mnie do domu.
****Ash POV****
Michael odwiózł Liz. No nie powiem, słodko wyglądali razem na motorze.
Dobra Ash. Powrót na ziemię.
Ruszyłem w dół ulicy, bawiąc się moim motorem. Tsa, wiem że to dziwnie brzmi, no ale nie ma innego sposobu na opisanie tego co robię ze swoją maszyną.
Jestem nienormalny.
No brawo, Ash. Powiedz nam coś czego nie wiemy.
Tsaaa... Gadam sam do siebie.
Zatrzymałem się pod domem. Zdjąłem kask i ruszyłem do drzwi.
- I met you when I was a teen - zacząłem podśpiewywać pod nosem piosenkę. Bardzo cenię Eda Sheerana. To jest przykład na to że nie trzeba być bogatym aby osiągnąć sukces. To dzięki niemu się jeszcze nie poddałem, i nadal wierzę że nam się uda.
Popatrzyłem na zegarek. 22:15. Oczywiście po kinie byliśmy jeszcze na kręglach, pizzy i w Starbucksie.
Padam.
Z.
Nóg.
Next Day
Sobota.
Sobota.
Sobota.
Sobota?
Sobota!
Hura! Mamy sobotę!
Zerwałem się z łóżka w biegu wciągając na siebie rurki i...
I w zasadzie tyle.
W domu mogę przecież chodzić bez koszulki, no nie?
A zresztą, nie mam się czego wstydzić.
A nawet wręcz przeciwnie.
Całe poprzednie wakacje na siłowni się opłacały, huh.
- Cześć ciastku - usłyszałem zaspany głos Liz.
- Serio? Ciastku? - zachichotałem. To był zły pomysł. Trzy sekundy później leżałem na dole schodów.
- Wszystko ok? - usłyszałem zatroskany głos dziewczyny.
- Tak. - jęknąłem.
- Zaraz będę. - rozłączyła się.
****Liz POV****
- Czee... - zamurowało mnie, kiedy drzwi otworzył perkusista bez koszulki.
- Co, podoba się? - spytał z rozbawieniem w głosie.
- To nie moja liga, beeejjbeee - przeciągnęłam ostatni wyraz.
- Powiedzmy że ci wierzę - mrugnął do mnie.
- Co robimy? - spytał kiedy weszliśmy.
- Hmmm... Możemy....
*-*-*-*+*-*-*-*
Przepraszam za jego długość, ale mam zapalenie krtani, prawie pluję krwią, i nie jestem w stanie w TYM momencie napisać nic dłuższego :'c
ILYSM!
~SKFP
Co prawda nie było tego 1 kom, ale jestem wam coś winna, więc...
Enjoy! xx
Liz POV
- Możemy zadzwonić do chłopaków i zapytać ich co moglibyśmy porobić - zasugerował Ash.
Strzeliłam palm face'a.
- Nie łatwiej ich zaprosić? - spytałam umęczonym głosem.
Jego głupota kiedyś mnie wykończy, słowo daję. Wyjęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer do Caluma. Odebrał po pięciu sygnałach.
- Mam nadzieję, że masz jakąś ważną sprawę ty paskudny człeku skoro zrywasz mnie o tak barbarzyńskiej porze - usłyszałam zaspany głos.
- Cal, jest prawie dziesiąta - powiedziałam rozbawiona. W odpowiedzi tylko prychnął.
- A więc... - zaczął.
- Ah. No racja to ja dzwonie - usłyszałam uderzenie w ścianę. Mam nadzieję, że jego głowa to przeżyła.
- Więc dzwonię ażeby cię poinformować - ah, piękny język - że o 12 masz stawić się w skromnych progach domu Irwionów - zakończyłam przemowę.
- Kur, co ty ćpałaś? Będę. - i rozłączył się.
- Halo? Hej Luke... - ktoś gwałtownie mi przerwał.
- Z tej strony nie Luke. Mówi Louise. DZIEWCZYNA Luke'a. I radzę ci dobrze, odpieprz się od niego, kicia - dźwięk zakończonego połączenia. Wzruszyłam ramionami. Nie pierwszy raz, nie ostatni. Normalna nastolatka by się rozryczała. 'OMG, ona mi grozi'. Ale nie ja. Życie daje niezłego kopa w dupę i gdyby człowiek przejmował się takimi durnotami, padł by przy pierwszym zakręcie.
- Louise - wyjaśniłam zaskoczonemu Ash'owi. Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Cześć bliźniaku - słysząc głos Michaela na moją twarz automatycznie wpłynął uśmiech.
- Hej smerfie. 11. U Asha - rozłączyłam się.
- Mamy jeszcze godzinę. Co my tak długo będziemy sami robić? - jęknął perkusista.
- Ja poczytam, a ty się ubierz - usiadłam na kanapie opierając dłoń na kolanie.
- Sugerujesz, że ubranie koszulki zajmie mi 60 minut? - uniósł brwi, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
- Dokładnie tak - wzięłam do ręki gazetę.
10.58
- Liz! Pomóż mi! - usłyszałam z góry błagalny krzyk Irwina.
Westchnęłam i pomału skierowałam się na schody. Otwarłam drzwi i zastałam to, czego się spodziewałam. Półnagi Ashton grzebiący w szafie.
Wyminęłam chłopaka i zdjęłam jakąś koszulkę z półki. Rzuciłam nią w jego kierunku. Odpowiedział mi wdzięcznym uśmiechem i zaczął ją a siebie nakładać. W momencie w którym skończył, do drzwi zadzwonił dzwonek. Popatrzyłam na zegarek. 11.
- No bracie - poklepałam go po ramieniu - Równo 60 minut - po czym zbiegłam na dół wpuścić Michaela.
- Cześć jednorożcu - przywitał mnie.
Uniosłam brwi. What the fuck is it?
Brak reakcji.
- To co robimy? - spytaliśmy jednocześnie.
- Nie wiem - znowu się zsynchronizowaliśmy. Ashton, który właśnie schodził po schodach, zaśmiał się i spadł.
- Pośpiewajmy - rzucił wyjmując gitarę z pokrowca farbowany.
- Ale co? - zaciekawił się Ashton.
Popatrzyliśmy po sobie z Michaelem.
- Talk dirty to me - zaśpiewaliśmy jednocześnie.
- Nie - skrzywił się Irwin. - Sing Eda Sheerana.
- Ok - Clifford zaczął grać.
- It's late the evening
Glass on the side
I've been sat with you
For most of the night - śpiewaliśmy.
- Sing!!! - i epicki koniec.
- Wow, dziewczyno ty masz zajekurdebisty głos - z podziwem powiedział czarnoniebieskofioletowowłosy.
- Huh, dziękuję - zaśmiałam się.
- Music is our lifes...
Przeczytaj!!!
Więc tak.
1. Dziękuję za wszystkie wyświetlenia. Nie sądziłam, że ktoś to wogóle będzie czytał.
2. Rozdziały będą pojawiały się rzadziej czyli co 2-3 dni. Każdą wolną chwilę poświęcam na ff, ale niedługo mam konkurs, a którym mam grać "Give me love" ^^, więc muszę ćwiczyć.
3. Co sądzicie o nowej okładce?
4. Komentujcie, to mnie naprawdę motywuje i szybciej piszę rozdziały :)
5. Jeśli jest ktoś chętny na tą grupę, proszę o komentarz :)
~SKFP :)
- Że co kurwa, co? No przecież to jest bez sensu. Oni się kochają, on umiera, a ona jest chora. AUGUSTUSIE! MASZ ŻYĆ! - ze łzami w oczach Calum wydarł się do telewizora.
Tak, dokładnie tak. Oglądamy Gwiazd Naszych Wina. Swoją drogą, uwielbiam Greena.
- Hej, Calum uspokój się. On tam będzie szczęśliwy - przytuliłam chłopaka.
- Ale ona nie - wychlipiał chowając twarz w moje włosy. Czułam mokre strużki spływające po policzkach chłopaka. Nigdy nie sądziłam, że Calum jest taki wrażliwy.
- Przepraszam - wymamrotał po chwili.
- Ale za co? - spytałam z nutką zdziwienia w głosie.
- No bo wiesz - chłopak był zażenowany - To ty powinnaś płakać. Ja jestem facetem i nie powinienem się rozklejać - potarłam dłońmi po jego plecach.
- Jest okej - uśmiechnęłam się.
- Okay?
- Okay.
Pocałował mnie w czubek głowy, na co zachichotałam.
- O mòj Boże - usłyszałam cichy szloch z boku i zobaczyłam Michaela z wtulonym w niego Ashtonem.
**** Ash POV ****
Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nieeeeee!!!! Ale on musi żyć! Przecież...
- Wszystko okej? - poczułem ramię przyjaciela na moim barku. Rozpłakałem się. Nie. Nie. Nie.
Nawet nie zauważyłem kiedy film się skończył. Wyplątałem się z uścisku Michaela, który, tak nawiasem mówiąc świetnie pachnie i ruszyłem do łazienki aby zamaskować ślady płaczu. Kątem oka zauważyłem jak Calum także wstaje i idzie za mną. To dobrze, czyli nie tylko mną wstrząsnął ten film. Kiedy wróciłem, zauważyłem kolejny film, który w ręku trzymała Lizard.
Trzy.
Metry.
Nad.
Niebem.
Super. Czyli znowu będą potrzebne chusteczki.
**** Michael's POV****
Patrzyłem na ekran telewizora, jednak tak naprawdę myślałem o czym innym. Martwiło mnie to, że odkąd Luke chodzi z Louise w ogóle nie ma dla nas czasu.
- Zaraz wracam - rzuciłem podnosząc się z miejsca. Nawet nie zwrócili na mnie uwagi. I dobrze. Wyjąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer do Luke'a. Po trzech sygnałach odebrała Louise.
- Hej Mikusiu - no zaraz jej przy***e.
- Luke - rzuciłem krótko i zwięźle.
- No już go daję, nie bądź taki niecierpliwy - przewróciłem oczami.
- Cześć - odetchnąłem z ulgą kiedy w słuchawce odezwał się głos kumpla.
- Hej, mamy wieczór filmowy u Ashtona, wbijasz? - spytałem.
- No nie wiem, jestem umówiony z Louise na zakupy....
- Słuchaj, odpuść sobie. Od kiedy z nią jesteś, nie spędziliśmy razem ani godziny - warknąłem i już miałem się rozłączać, kiedy Luke mi przerwał.
- Czekaj, pogadam z nią - i zakrył telefon ręką. Mimo to słyszałem w tle kłótnię, a następnie odgłos uderzenia.
Coś czuję, że Luke pojawi się na pół twarzy czerwony.
- Będę za 15 minut.
1 kom = next
Dziękuję za wszystkie głosy.
Do następnego
SkFp
Rozdział IX
1 kom = Next
Uwielbiałem to uczucie.
Ten moment kiedy na chwilę to maszyna przejmuje nad tobą kontrolę.
Uśmiechnąłem się do siebie i zwolniłem.
W końcu nie chcę spowodować wypadku. Wjeżdżałem w ruchliwe ulice centrum.
Pod kinem stał już motor Mikeya. Zaparkowałem obok i skierowałem się do kina.
Tak jak myślałem w środku siedziała Liz machając do mnie czterema biletami.
Ona.
Ma.
Zajebiste.
Włosy.
I tak, wiem.
Michael.
Ma.
Takie.
Same.
Ale u niej to lepiej wygląda.
- Jest w sklepiku. - wskazała na chłopaka stojącego z niewesołą miną pośród trzyletnich bachorów.
Jeśli jesteś trzyletnim bachorem, to przepraszam.
Ale NIENAWIDZĘ dzieci.
Tell me the truth...
- Hej - obok nas pojawił się Calum.
Zerknąłem za okno. Tak jak sądziłem, za szybą, w równym odstępie ode mojego stał granatowy cieniowany w błękit motor firmy Yamaha.
Klasyka.
Ale mój lepszy.
- Witaj Calumie - Liii zaczęła udawać arystokratkę.
Mam dla niej nowe przezwisko, heh.
Liiiiii.
Liiiiiizzzz.
Liiiisss.
Lizard.
- Od dzisiaj jesteś jaszczurką - wypaliłem w kierunku dziewczyny.
- Co?! - zrobił wielkie oczy.
- No bo Liz, Lizard... Jeden czort - wzruszyłem ramionami z niewinnym uśmiechem.
****Cal's POV****
Patrzyłem jak się wydurniają. Było mi smutno.
Nie chodzi o to, że nie zaczekali na mnie, bo zazwyczaj to ja nie czekam na nich.
Tylko jakoś tak...
- Ej Calum co się dzieje? - obok mnie usiadła Liz oplatając mnie dłońmi w pasie. Zamknąłem oczy. Musiała to zauważyć, bo poczułem jak jej ciało przytula siè do mojego. Jej dłonie błądziły po mięśniach na moim brzuchu którymi mogłem się pochwalić.
Mruknąłem cicho.
Tak.
Tego mi brakowało.
Dotyku drugiej osoby.
Dziewczyny.
- Wszystko okej? - spytała opierając głowę na moim ramieniu.
- Tak. Teraz już tak. Czy jeśli powiem, że brakowało mi dotyku dziewczyny to będzie to gejowskie? - spytałem lekko uchylając powieki.
- Nie Cal, w tym że podobają ci się dziewczyny nie ma nic gejowskiego - uśmiechnęła się.
- Chodź - wyciągnęła do mnie dłoń.
Objąłem ją pasie i weszliśmy do kina.
Seans czas zacząć.
Uwielbiałem to uczucie.
Ten moment kiedy na chwilę to maszyna przejmuje nad tobą kontrolę.
Uśmiechnąłem się do siebie i zwolniłem.
W końcu nie chcę spowodować wypadku. Wjeżdżałem w ruchliwe ulice centrum.
Pod kinem stał już motor Mikeya. Zaparkowałem obok i skierowałem się do kina.
Tak jak myślałem w środku siedziała Liz machając do mnie czterema biletami.
Ona.
Ma.
Zajebiste.
Włosy.
I tak, wiem.
Michael.
Ma.
Takie.
Same.
Ale u niej to lepiej wygląda.
- Jest w sklepiku. - wskazała na chłopaka stojącego z niewesołą miną pośród trzyletnich bachorów.
Jeśli jesteś trzyletnim bachorem, to przepraszam.
Ale NIENAWIDZĘ dzieci.
Tell me the truth...
- Hej - obok nas pojawił się Calum.
Zerknąłem za okno. Tak jak sądziłem, za szybą, w równym odstępie ode mojego stał granatowy cieniowany w błękit motor firmy Yamaha.
Klasyka.
Ale mój lepszy.
- Witaj Calumie - Liii zaczęła udawać arystokratkę.
Mam dla niej nowe przezwisko, heh.
Liiiiii.
Liiiiiizzzz.
Liiiisss.
Lizard.
- Od dzisiaj jesteś jaszczurką - wypaliłem w kierunku dziewczyny.
- Co?! - zrobił wielkie oczy.
- No bo Liz, Lizard... Jeden czort - wzruszyłem ramionami z niewinnym uśmiechem.
****Cal's POV****
Patrzyłem jak się wydurniają. Było mi smutno.
Nie chodzi o to, że nie zaczekali na mnie, bo zazwyczaj to ja nie czekam na nich.
Tylko jakoś tak...
- Ej Calum co się dzieje? - obok mnie usiadła Liz oplatając mnie dłońmi w pasie. Zamknąłem oczy. Musiała to zauważyć, bo poczułem jak jej ciało przytula siè do mojego. Jej dłonie błądziły po mięśniach na moim brzuchu którymi mogłem się pochwalić.
Mruknąłem cicho.
Tak.
Tego mi brakowało.
Dotyku drugiej osoby.
Dziewczyny.
- Wszystko okej? - spytała opierając głowę na moim ramieniu.
- Tak. Teraz już tak. Czy jeśli powiem, że brakowało mi dotyku dziewczyny to będzie to gejowskie? - spytałem lekko uchylając powieki.
- Nie Cal, w tym że podobają ci się dziewczyny nie ma nic gejowskiego - uśmiechnęła się.
- Chodź - wyciągnęła do mnie dłoń.
Objąłem ją pasie i weszliśmy do kina.
Seans czas zacząć.
Rozdział VIII
Standardowo
1 komentarz = Next
Mam przygotowane nastepne dwa rozdzialy czekam tylko na kom :)
- Wszystko w porządku, kotku? - krzyknął Luke przestając grać. Chłopcy westchnęli głośno wyrażając dezaprobatę dla takiego zachowania. No bo kto w połowie piosenki nagle krzyczy do dziewczyny??
...
...
No dobra, prawie wszyscy.
Ale to nie zmienia faktu że takie coś jest wkurzające.
- Bardzo miło mi się rozmawia z Liz - dziewczyna przytuliła mnie, a ja walczyłam z chęcią zdarcia z jej twarzy tapety.
****Mikey's POV****
Widziałem jak Liz męczy się w obecności tej laski.
- Ostatnia piosenka - rzuciłem. Przecież muszę ratować mojego bliźniaka.
- She looks so perfect.. - słyszałem jak Luke śpiewa. Nie lubiłem tej piosenki. Coś mi w niej nie pasuje. Może z czasem się przekonam.
- Co robimy? - podbiegłem do Liz.
- A co chcesz, SMERFIE? - zaakcentowała ostatnie słowo.
- Nigdy nie przestaniesz? - jęknąłem. Nawet podobało mi się to. Nawet.
No dobra.
Podoba mi się.
Ale tylko ona ma takie prawo.
- Chodźmy do kina - rzucił Ashton.
- Na co? - prychnął Calum. - Na pingwiny z Madagaskaru?
- No czemu nie - oburzył się perkusista.
- No to idziemy! - radośnie krzyknęła Liz wyskakując w górę.
Wybiegliśmy we dwoje z garażu. Zająłem miejsce na motorze, po chwili czując dłonie dziewczyny delikatnie muskające mój brzuch.
Oh.
Yah.
Kurde.
Tak wiem. To najlepsze miejsce na monolog wewnętrzny.
Więc tak. Ta mała dziewczyna, przepraszam KOBIETA, całkowicie mną zawładnęła.
Nie.
Nie podoba mi się.
To znaczy.
Jest ładna, ale....
Jest jak przyjaciòłka.
Ale na serio jakoś tak...
Uzależniłem się.
Narkotyk.
Ale taki, od którego się nie uwolnię....
Bo nie chcę.
**** Ash POV ****
Zaproponowałem wyjście do kina. Oczywiście ta dwójka idiotów zerwała się i o mało co nie zabijając mnie przy okazji wyleciała z domu. Wybiegłem za nimi. Zobaczyłem czarny motor znikający w oddali.
Oh.
Szalona dupa z tego Clifforda.
Nie spodziewałem się takich rzeczy po nim.
Kręcąc po mału z niedowierzaniem głową przekręciłem kluczyk w stacyjce mojego czarnego Harleya.
Tsaa...
Wiem, mało oryginalny kolor no ale....
Jest zajebisty!
Dodałem gazu i wziąłem ostry zakręt.
Opony zapiszczały, straciłem kontrolę nad motorem.
1 komentarz = Next
Mam przygotowane nastepne dwa rozdzialy czekam tylko na kom :)
- Wszystko w porządku, kotku? - krzyknął Luke przestając grać. Chłopcy westchnęli głośno wyrażając dezaprobatę dla takiego zachowania. No bo kto w połowie piosenki nagle krzyczy do dziewczyny??
...
...
No dobra, prawie wszyscy.
Ale to nie zmienia faktu że takie coś jest wkurzające.
- Bardzo miło mi się rozmawia z Liz - dziewczyna przytuliła mnie, a ja walczyłam z chęcią zdarcia z jej twarzy tapety.
****Mikey's POV****
Widziałem jak Liz męczy się w obecności tej laski.
- Ostatnia piosenka - rzuciłem. Przecież muszę ratować mojego bliźniaka.
- She looks so perfect.. - słyszałem jak Luke śpiewa. Nie lubiłem tej piosenki. Coś mi w niej nie pasuje. Może z czasem się przekonam.
- Co robimy? - podbiegłem do Liz.
- A co chcesz, SMERFIE? - zaakcentowała ostatnie słowo.
- Nigdy nie przestaniesz? - jęknąłem. Nawet podobało mi się to. Nawet.
No dobra.
Podoba mi się.
Ale tylko ona ma takie prawo.
- Chodźmy do kina - rzucił Ashton.
- Na co? - prychnął Calum. - Na pingwiny z Madagaskaru?
- No czemu nie - oburzył się perkusista.
- No to idziemy! - radośnie krzyknęła Liz wyskakując w górę.
Wybiegliśmy we dwoje z garażu. Zająłem miejsce na motorze, po chwili czując dłonie dziewczyny delikatnie muskające mój brzuch.
Oh.
Yah.
Kurde.
Tak wiem. To najlepsze miejsce na monolog wewnętrzny.
Więc tak. Ta mała dziewczyna, przepraszam KOBIETA, całkowicie mną zawładnęła.
Nie.
Nie podoba mi się.
To znaczy.
Jest ładna, ale....
Jest jak przyjaciòłka.
Ale na serio jakoś tak...
Uzależniłem się.
Narkotyk.
Ale taki, od którego się nie uwolnię....
Bo nie chcę.
**** Ash POV ****
Zaproponowałem wyjście do kina. Oczywiście ta dwójka idiotów zerwała się i o mało co nie zabijając mnie przy okazji wyleciała z domu. Wybiegłem za nimi. Zobaczyłem czarny motor znikający w oddali.
Oh.
Szalona dupa z tego Clifforda.
Nie spodziewałem się takich rzeczy po nim.
Kręcąc po mału z niedowierzaniem głową przekręciłem kluczyk w stacyjce mojego czarnego Harleya.
Tsaa...
Wiem, mało oryginalny kolor no ale....
Jest zajebisty!
Dodałem gazu i wziąłem ostry zakręt.
Opony zapiszczały, straciłem kontrolę nad motorem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)